<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><rss xmlns:atom='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' version='2.0'><channel><atom:id>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479</atom:id><lastBuildDate>Wed, 08 Oct 2008 09:53:14 +0000</lastBuildDate><title>Arre Bombay!</title><description></description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/default.aspx</link><managingEditor>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</managingEditor><generator>Blogger</generator><openSearch:totalResults>31</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>25</openSearch:itemsPerPage><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-5860655260859883941</guid><pubDate>Wed, 08 Oct 2008 09:18:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-10-08T02:53:09.671-07:00</atom:updated><title>slub, slub, zaskoczenie normalnoscia i napizdzanie w bembny</title><description>Od ostatniego posta minelo troszke czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw pojechalismy do Polnocnego Goa z Jasiem, Aga i Mackiem. No, fajnie bylo choc przyznam ze goa przed sezonem i w trakcie sezonu to dwa rozne miejsca. Przed sezonem trafilismy na naszej plazy na 1 otwarty bar (Vagator). Podobnie zreszta bylo na Anjuna Baga/Calangute... Musze tez powiedziec, ze w poludniowym Goa znacznie bardziej mi sie podobalo (poprzednim razem) i nie jest to zasluga wylacznie sezonu ale napewno tez uksztaltowania terenu no i... na poludniu jest mniej ludzi, jest mniej skomercjalizowane, nikt sie do ciebie nie przyczepia... Ale i tak bylo bardzo fajnie. Szczegolnie ze trafilismy na Vagator na bardzo fajny bar- jedzenie bylo wysmienite i bylo tez dosc tanio (jak to w Goa).  Plaza Vagator zaslynela (czy moze Goa zaslynelo dzieki plazy Vagator) z racji wariackich imprez na plazy. Przed sezonem jednak bylo spokojnie a hipisi dopiero zaczynali sie tam zjezdzac. Niestety, plaza jest skalista i jest malo miejsc do kapieli (choc kilka jest), wiec do Palolem sie nie umywa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jas i aga w koncu wrocili do polski, pelni wrazen i przerazen tym jakze dziwnym krajem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z waznych rzeczy ktore sie wydazyly przed naszym powrotem do polski, nasi bombajscy przyjaciele zorganizowali nam slub w hinduskim stylu. Bylo po prostu szalenie. Prashant zabral mnie na zakupy zeby kupic kurte. W tym samym czasie Mary Ellen zabrala Justyne na manicure. Zreszta... dzien wczesniej chlopaki zrobili mi wieczor kawalerski i zesmy troche popili, pogadali... fajnie bylo. No, szukalismy tej kurty przez dluugi czas i prashant robil sie spiety (a ja na luzie, nie mialem pojecia o tym ze cos sie szykuje). W koncu znalezlismy piekna kurte i z 1h spoznieniem pojechalismy do domu. W domu wszystko bylo gotowe. Wszyscy juz byli a Justyna byla cala ubrana w Sari i miala na sobie tone bizuterii. Wygladala przepieknie. No coz, pozniej poszlismy na dach gdzie wszystko bylo juz gotowe i bylo kleczenie przed ogniem, chodzenie wokol ognia, malowanie czola, zakladanie naszyjnika, szukanie obraczki w kolorowej wodzie i tluczenie kokosa. Nauczylem sie tluc kokosa! (tzn teraz bede zbijal kokosy...) no i pozniej byla imprezka. Zdjecia wszystkiego sa na facebooku!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrot do polski byl zdecydowanie uteskniony ale niestety nie bylo czasu zeby odpoczac. Byl czas na to zeby sie natomiast nacieszyc, przyznam ze nasz slub wyszedl rewelacyjnie. Goscie, tak jak i my, sie swietnie bawili. Udalo nam sie pozniej wyrwac na 1 dzien tylko razem we dwojke, bo poza tym byla masa spraw na glowie (a uroczystosci weselne trwaly do wtorku w sumie... wiec dopiero w okolicach srody udalo mi sie wytrzezwiec), ale w sobote musialem juz leciec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw byl Wieden. Piekne miasto. Umowilem sie tam z Marion, kolezanka mojej mamy, ktora sie mna w pelni zaopiekowala. Akurat trwala noc muzeow i do kilku poszlismy. Pozniej pilismy wino i rozmawialismy. Fajnie jest sie umiec dogadac mimo roznicy pokolen... i milo bardzo bylo powspominac nieco. Marion aktualnie poza praca w organizacji pozarzadowej organizuje na przyklad wyprawy kobiet do Nepalu i Tybetu, w upamietnieniu Wandy Rutkiewicz, ktora byla przyjaciolka jej i mojej mamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Bombaju leci sie ciezkim samolotem. Ciezko jest, bo ludzie zawsze zabieraja z europy duzo nadbagazu. Ciezko jest szczegolnie na duchu, jesli trzeba zostawic ukochana osobe na 6 tygodni w domu. Przed ladowaniem w Bombaju widzialem burze pod samolotem. Niesamowity widok. Troche przerazajacy, szczegolnie jesli leci sie 7km nad ziemia a burza jest 4km nad ziemia, ale nawet teraz, kiedy zamkne oczy, widze przed soba piekne rozblyski piorunow, jeden za drugim, w ciaglej kanonadzie... Z ziemi widac je znacznie rzadziej, kiedy sie leci nad burzowymi chmurami, wyglada to mrugajace swiatla na choince. Jest granatowo-purpurowo-bialo i na takim tle pojawiaja sie rozblyski swiatla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozniej ladowanie. Milo jest spojrzec na bombaj i wiedziec gdzie co jest. O... to worli-bandra sea link... O... to kolaba.... A tutaj gdzies jest Navi mumbai... tutaj jest Mandwa Jetty...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Laduje, cos smierdzi. Na poczatku myslalem ze to cos na pokladzie, dopiero pozniej do mnie doszlo: prezciez jestesmy juz w Bombaju i otworzono drzwi samolotu. Bombaj smierdzi :). Na zewnatrz lotniska czekali na mnie Arjun i Polly. Tym razem wyjscie zajelo mi dluzej bo czekalem na bagaz i musialem go pozniej dac do zeskanowania. Co ciekawe, kiedys po prostu przechodzilem przez security control i nikt mnie nie zatrzymywal... nie wiem do dzis na jakiej zasadzie to dziala.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zlapalismy riksze z tego miejsca gdzie zawsze, wzielismy ja do domu, w domu byl Qing- popilismy piwo i poszedlem spac zeby wstac do pracy. Wstalem oczywiscie spozniony, wrocilem do biura, tutaj wszystko po staremu....&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I w koncu cos mnie uderzylo. Przeciez do tej pory za kazdym razem kiedy tutaj ladowalem, swiat wydawal sie tu byc jakby z innej bajki, jak powierzchnia ksierzyca. Podobnie czulem sie pozniej jadac do polski... bylo jakos tak dziwnie, jakos tak inaczej. A teraz... teraz tak wlasciwie nie czulem roznicy. Ta normalnosc wydala mi sie piorunujaco dziwna. Zdziwilo mnie, ze nie dziwi mnie ze jest tyle smieci wszedzie dookola. Zdziwilo mnie, ze nie dziwie sie na zebrakow, ze potrafie podejsc do rikszarza i powiedziec mu gdzie chce jechac... to, ze we wtorek rano rozmawialem przez 20min z nasza sprzataczka w Hindi (bo ona nie mowi po Angielsku)... to ze pomyslalem sobie 'wreszcie skonczyl sie monsun i jest cieplo wiec w klimatyzacji milo mi sie siedzi'.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale dostrzeglem cos jeszcze. Kiedy wyladowalem okazalo sie ze znow napizdzaja na ulicach w bebny, bo jest jakies swieto. Kiedy przyjechalem w tym roku po raz pierwszy, bylo Holi, Wielkanoc i Urodziny Mohameta na raz. Wszyscy swietowali. Pozniej byly swieta narodowe i wszyscy swietowali. Pozniej bylo Ganpati i caly bombaj swietowal. W miedzy czasie byly jeszcze sluby i co tydzien pod naszym domem tlukli w bembny i wyli z glosnikow. Po powrocie jest swieto Durgi, za 3 tygodnie bedzie Divali, festiwal swiatel. Pozniej nastepne swieta narodowe, gwiazdka, nowy rok, wesela wesela wesela...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mowi sie ze Indie to kraj festiwalow i swiat. Mozna tak powiedziec, ale wychodzic z domu i co 2gi dzien slyszec tluczenie w bembny to co innego. Ciagle, niekonczace sie swieto. Ludzie tanczacy, chodzacy z bembnami po ulicach. Bembniarze tlukacy na ta sama modle. Wirujacy swiat. Moze to jest wlasnie to, co powoduje ze ludzie w tej czesci swiata ciesza sie wzglednie zyciem mimo tego, ze na codzien jest ciezko? A moze to wszystko razem i to ze jest tu tak cieplo pasuja do siebie po prostu, zyja w harmonii?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem rozgladamy sie w biegu i znajdujemy cos nowego. Czasem podrozujemy zeby poznac nowe miejsca. Sa jednak takie zjawiska, ktore mozna zauwazyc i poczuc dopiero kiedy sie nimi przesiaknie, dopiero, kiedy bedzie sie na nie patrzylo przez dlugi dlugi czas. No, bo przeciez w Polsce tez mamy swieta... nawet dosc duzo... ale nie takie... i nie tyle... chociaz podoba mi sie to, ze jak sie bawimy, to bawimy sie naprawde...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo Tesknie</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/10/slub-slub-zaskoczenie-normalnoscia-i.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-7106660211967516179</guid><pubDate>Thu, 28 Aug 2008 10:06:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-08-28T03:55:02.533-07:00</atom:updated><title>weekendy</title><description>Dwa tygodnie temu pojechalismy do Alibag.&lt;br /&gt;Tydzien temu to Aurengabadu.&lt;br /&gt;W tym tygodniu czeka nas wyprawa do Goa!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weekendy zapelnione i to poza Bombajem, wiec fantastycznie odpoczywamy. Najpierw byla plaza. Pogoda nam coprawda nie dopisywala, ale i tak bylo przyjemnie. Przyjemny (jak na warunki tutaj) pokoj, kilku znajomych, spacery po plazy. Maciek nawet sie skusil na kapiel w morzu. W sezonie jest tutaj podobno duzo przyjemniej, bo sprzataja codziennie plaze... niestety teraz na brzegu przejscie sie w niektorych miejscach to jak bieg z przeszkodami :) Brud to w sumie najgorszy punkt i oprocz tego to wspaniale wypoczelismy.&lt;br /&gt;Dojechac na plaze bylo stosunkowo latwo. Wsiedlismy w autobus (3 godziny pozniej niz planowalismy, bo podali nam zly przystanek...) i jechalismy jakies 5 godzin w sumie. Z powrotem bylo juz troche gorzej. Najpierw z plazy trzeba sie bylo dostac do wiekszego miasta w okolicy i dopiero wtedy do Bombaju. Najpierw zwialy nam trzy autobusy, ale sie nie przejmowalismy, bo jezdzily co jakies 10 minut. Ale jak juz zaczelismy isc pod gore droga to zadnego nie bylo na horyzoncie... riksze byly zapelnione i zadna nie chciala nas wziac. No to szlismy. Nagle zatrzymal sie samochod, taki spory. Siedziala tam rodzinka 6 osobowa + kierowca i stwierdzili, ze nas podwioza. A nas bylo piecioro... hmmm, ciasna przejazdzka, ale bylismy im bardzo wdzieczni :) Z tej miejscowosci musielismy zlapac autobus. Autobus w Indiach wyglada mniej wiecej tak:&lt;br /&gt;&lt;img src="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/indiabus-773905.gif" border="0" alt="" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie sie pchaja do wejscia, inni wrzucaja przez okno torby (lub osobnikow, ktorzy mieszcza sie w oknie) i rezerwuja sobie miejsca siedzace. Nam udalo sie w ten sposob przytrzymac trzy miejsca :D poczulam sie jak rasowy hindus :D No i tak kolejne piec godzin Maria i ja siedzialsmy normalnie (farciary z nas jak nie wiem), Maciek na torbie w przejsciu, Ania u Prashanta na kolanach. Dalismy rade.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatni weekend spedzilismy z Aga, Jasiem i Mackiem :) (Jas - brat Macka; Aga - zona Jasia; Maciek - brat Agi). Jak przyjechali do Bombaju przezyli lekki szok kulturowy, ale wystarczylo wywiezc ich poza miasto, zeby obejrzeli sobie piekne widoki, swiatynie, jaskinie (zdjecia zaraz wrzuce na picase) i juz humor im sie poprawil. Teraz polecieli do Delhi, Agry i Jaipuru, zeby pozwiedzac troche i spotykamy sie z nimi w Goa w sobote!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wlasnie wrocilam z Maja z drugiego konca Bombaju. Bylysmy kupic bilety na pociag i osiagnelysmy sukces!!! Tutaj kupienie biletu wcale nie jest takie proste. Po pierwsze pociagi sa zapelnione, maja tu cos takiego jak waiting list (lista oczekujacych), ktora nie mamy pojecia jak dziala, wiemy tylko, ze na przyklad do Goa na ten weekend jest na niej jakies 200 osob... dla turystow jest troche latwiej, bo zawsze kilka miejsc jest zarezerwowanych dla turystow ale - i tu po drugie - trzeba sie czasami troche nabiegac. Turysci nie moga kupic biletow w pierwszej lepszej kasie. Sa tylko dwie kasy przeznaczone dla nich i obie sa w poludniowym Bombaju. Wiec jak sie mieszka gdzies w srodku Bombaju to pol dnia wyjete z zycia. Do tego trzeba miec ze soba paszporty wszystkich osob, ktore jada i wydruk z bankomatu, ze wyplacilismy tutaj pieniadzie, jesli placimy rupiami. Czasami na ilosc paszportow przymykaja oko na szczescie, ale tylko w wypadkach kiedy na Liscie Oczekujacych nie ma duzo ludzi (obawiaja sie, ze Hindusi beda korzystac ze znajomych turystow, zeby wykupic sobie miejsca). No wiec jak na przyklad wczoraj wybralam sie do nich z kopia paszportu to mi nie sprzedali. Dzisiaj pojechalam i akurat pani wyszla na 20 minutowa przerwe lunchowa i nie bylo jej 40 minut. Na szczescie po powrocie miala w miare dobry humor pozniej (a ja mialam wszystko co niezbedne) i dostalam te bilety. Ufff. Jutro jedziemy do Goa. W sobote kolo poludnia juz tam bedziemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wrocimy z cala polska ekipa w srode jakos to pozniej Wam napiszemy jak bylo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/08/weekendy.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-3117275581241513028</guid><pubDate>Fri, 15 Aug 2008 08:58:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-08-15T02:00:12.644-07:00</atom:updated><title>Zwiazki dlugoterminowe i dlugi weekend.</title><description>Jako, ze dlugo nie pisalam to napisze po prostu kilka rzeczy, ktore przychodza mi do glowy.&lt;br /&gt;Nasze super mieszkanko troszeczke sie nam sypie. Po pierwsze monsun nie chce wcale przejsc i zamiast padac coraz mniej pada coraz bardziej. Przez to wszystko z szafy raz w tygodniu trzeba wyciagac i prasowac albo suszyc a i tak mniej wiecej jedna czwarta rzeczy trzeba wyprac, bo zachodza takim bialym (wcale niemilym) czyms co zajezdza grzybem... jak leje to ze sciany zaczyna spogladac na nas taka piekna mokra plama. Choc to i tak lepiej niz w innym mieszkaniu, gdzie od czasu do czasu odpada spory kawalek sciany albo sufitu :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nawiazujac do tematu tego posta... wcale nie chodzi o zwiazki damsko-meskie. Mamy w naszym nie do konca juz idealnym mieszkanku dwie lazienki (luksus). Problem w tym, ze w jednej z nich cos jest nie tak z grzejnikiem i jak ktos bierze prysznic to wywala korki. W drugiej caly czas cieknie woda i jako, ze taki wynalazek jak kabina prysznicowa nie jest tutaj zbyt czesto wykorzystywany, to caly czas jest tam mokro i nieprzyjemnie. Do tego kilka dni temu grzejnik przestal nam dzialac i nie mamy cieplej wody. No, nie jest to takie straszne, ale czasami jak czlowiek taki zziebniety to byloby milo jednak w cieplej wodzie sie przekapac. Po kilkukrotnym naciskaniu na wlasciciela naszego mieszkania udalo nam sie zalatwic dobrego elektryka. Przyszedl, zrobil jeden grzejnik, zabral drugi i wyszedl. Bo to nie jest jak u nas, ze przyjdzie pan, zrobi i pojdze. Tutaj trzeba sie przyzwyczaic, ze ten pan bedzie nam towarzyszyl w roznych porach dnia przez najblizszy czas... bardziej przypomina to zwiazek dlugoterminowy niz zwykla wizyte specjalisty od zepsutych grzejnikow :) juz chyba kiedys o tym pisalam, ale caly czas mnie to tak samo fascynuje. Bo... grzejnik nadal nie jest naprawiony i mysle, ze jeszcze kilka razy pan przyjdzie, naprawi, przyjdzie naprawi itd az w koncu przyjdzie i naprawde naprawi  :) drugiego grzejnika nam jeszcze nie oddal i nie wiemy kiedy wroci. Prawdopodobnie bedzie tak samo z hydraulikiem. Ech.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;My tez mamy teraz dlugi weekend. Tutaj 15 sierpnia to Dzien Niepodleglosci. No i mielismy plany,  zeby sie gdzies wyrwac... najpierw mielismy pojechac z cala grupa na wycieczke kilkudniowa na polnoc Indii, ale okazalo sie, ze Maciek w nadchodzacym tygodniu nie moze miec wolnego. No wiec dwa dni temu zdecydowalismy sie pojechac gdzie indziej. Wczoraj sie spakowalismy i pojechalismy na pociag... bilety sa zawsze odlozone dla turystow i mozna w czasie 24 godzin przed odjazdem bez problemu kupic, ale nie tylko my wpadlismy na ten pomysl i niestety okazalo sie, ze nawet na liscie oczekujacych jest jakies 50 osob. Autobubow tez nie bylo. Niektorzy kupili na sobote i wroca w poniedzialek, dla nas to niemozliwe niestety... no wiec dalej kombonujemy, ale w innym miejscu nie ma wolnych pokoi a jak sa to za 16 tys rupii za noc (800 zl). No wiec dzisiaj jakas kolacja ze znajomymi, Batman i moze jutro wybierzemy sie po prostu na plaze 3 godziny od Bombaju. Zobaczymy. W przyszlym tygodniu wpadaja do nas Aga i Jasiek, wiec z nimi na pewno sobie cos pozwiedzamy. Bedzie bombowo!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W kazdym badz razie zyczymy Wam wszystkim udanego dlugiego weekendu!</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/08/zwiazki-dlugoterminowe-i-dlugi-weekend.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-2971394884972060858</guid><pubDate>Wed, 23 Jul 2008 06:21:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-07-22T23:57:26.275-07:00</atom:updated><title>Globala Wioska.</title><description>Jest taka impreza, ktora nazywa sie "Global Village". Na takiej imprezie kazdy kraj ma swoje stanowisko i prezentuje siebie. Wystawia zdjecia najpiekniejszych miejsc, flage, jedzenie, wypisuje najwazniejsze informacje - w dowolny sposob prezentuje kawałek swojej kultury. W ostatni piatek AIESECowcy tutaj zorganizowali cos takiego w jednym z wiekszych centrow handlowych. Jako, ze organizowali cos takiego po raz pierwszy w Indiach to bylo kilka niedociagniec, ale i tak wyszlo calkiem niezle.&lt;br /&gt;Tlumy ludzi przechodzily miedzy stanowiskami. Jedni po prostu spogladali, inni z ciekawoscia sie dopytywali. Jako, ze akurat w tym momencie najwiecej jest polakow tutaj to dostalismy dwa stoliki do zagospodarowania. Niestety nie bylo pradu tak jak bylo to obiecane na kazdym stanowisku, tylko byl jeden kontakt na trzy stanowiska, wiec z prezentacji na komputerze nici wyszly, bo co chwile sie przelaczalismy i bylo z tym wiecej zamieszania niz pozytku. Jako, ze bylo troche za malo informacji przed sama impreza to kazdy byl troszeczke inaczej przygotowany. Jedni nastawili sie na zaprezentowanie czegos na scenie, inni przyniesli mnostwo gadzetow, jeszcze inni mieli tylko prezentacje na komputerze. Kazdy musial cos kombinowac na miejscu, zeby wyszlo jak najlepiej. Kilka stanowisk zrobilo furrore: Srdjan z Serbii niesamowicie o wszystkim opowiadal, Afryka (RPA i Nigeria sie polaczyly, bo za malo ich bylo, wiec byl jeden stolik afrykanski) byla najbardziej kolorowa, w Kolumbii byly najlepsze slodycze, a u nas najlepsze jedzenie. I to nie to, zebym sie jakos przechwalala, ale polskie jedzenie naprawde bylo atrakcja. Jak ktos czegos sprobowal to za chwile przychodzil ze znajomym, zeby on tez sprobowal :) cieszylo nas to bardzo. Zrobilismy pierogi ruskie, krokiety, salatke, ogorki parzone i do tego mielismy jeszcze slodycze (ptasie mleczko, delicje i pierniki).&lt;br /&gt;Oczywiscie bylo kilka dziwnych sytuacji. Ale tego sie spodziewalismy. Tlumek sie robil w momencie wystawienia jedzenia, rozchodzil sie gdy sie konczylo i tylko kilka osob zostawalo, zeby poczytac i popytac :) Byli tacy, ktorym jedzenie nie smakowalo oczywiscie, byl taki pan na przyklad co wzial pieroga, ugryzl go, stwierdzil ze nie dobry i odlozyl :) ach Ci Hindusi... dziewczyny zrobily slowniczek polsko-angielski i to byl super pomysl, bo podchodzili i mowili "czesc!". Slowniczek byl dosc dlugi i umiescily tam tez "kocham Cie"... no wiec slyszalysmy sporo wyznan milosci tego wieczora ;)&lt;br /&gt;Co jeszcze? Mi najbardziej podobaly sie wystepy na scenie. William z Kolumbii i Catherine z Peru zatanczyli Salse, Fola z Nigerii zaspiewal, Andrea z Meksyku tez tanczyla. Naprawde fajnie bylo :)&lt;br /&gt;Wszystko trwalo jakies 5 godzin. Po calodziennym staniu w kuchni i pozniej jeszcze na tym stanowisku wrocilismy do domku wykonczeni. Ale bylo warto.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/07/globala-wioska.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-5658042621971036084</guid><pubDate>Sun, 13 Jul 2008 05:56:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-07-12T23:38:12.772-07:00</atom:updated><title>Wypad za miasto</title><description>Jako, ze pogoda ostatnio nie jest zla i raczej popaduje a nie pada to postanowilismy wyrwac sie za miasto. Okazja byla, bo William z Kolumbii napisal maila, ze wybiera sie z kilkoma osobami do Lonvali (jakies 3 godziny drogi od Bombaju). A w Lonvali podobno pieknie, mnostwo zieleni, cichutko, wodospady... raj na ziemi. No wiec jedziemy. W sumie uzbieralo sie na 23 osoby, William wynajal nam autokar i o 7 rano (standardowego czasu nie hindusko-rozciagliwego) mielismy wyjechac. O 7.15 wszyscy byli na miejscu i tak jak sie tego z Mackiem spodziewalismy autokar przyjechal prawie godzine spozniony. Z Hindusami prawie zawsze tak jest, ze ich czas jest jakby w zupelnie innej rzeczywistosci i przynajmniej pol godziny spoznienia to norma... ech... Ale wyjechalismy w koncu wiec spoko.&lt;br /&gt;W Lonvali bylo przepieknie. Gory wysokosci mniej wiecej jak nasze Swietokrzyskie, wiec takie spacerkowe. Zieloniutko, czysto. I na pewno ciszej niz w miescie. Choc jak wysiedlismy z autokaru to pierwsze co uslyszelismy to jakies krzyki i piski w oddali, ale o tym zaraz :) Przeszlismy sie i dotarlismy do pierszego wodospadu a tam grupka Hindusow w ciuchach siedzi sobie pod spadajaca woda. Smiesznie tak. Mniej wiecej polowa praktykantow poszla w ich slady i pozniej caly mokrzy chodzili :D wariaci :) Pozniej poszlismy w kierunku tajemniczych okrzykow. Okazalo sie, ze jest tam sztucznie zrobiony wodospad. Byla taka tama i po jednej stronie ludzie wskakiwali do jeziora a po drugiej byly zrobione schody, po ktorych splywala woda. A na schodach siedziala jakas setka Hindusow, ktorzy strasznie krzyczeli :D Mieli swietny ubaw. Mnie najbardziej uzekl pan, ktory po srodku tego wszystkiego sprzedawal kukurydze z grilla :D&lt;br /&gt;Wrzuce pozniej kilka zdjec to sami zobaczycie.&lt;br /&gt;W tym miejscu plan wycieczki troche nam sie zmienil. Mielismy zobaczyc trzy miejsca a dotarlismy do dwoch. A dlaczego? Przez naszego kochanego kierowce. Najpierw sie spoznil rano, pozniej jak parkowal to wjechal na jakis samochod i musial pojechac na policje zeznawac, wiec musielismy na niego czekac (przy okazji zjedlismy sobie jakis lunchyk, wiec w miare ok wyszlo). Pozniej zawiozl nas w inne miejsce niz chcielismy, bo nie do konca wiedzial gdzie sa te jaskinie, ktore chcemy zobaczyc :D przez samego kierowce mielismy przynajmniej dwie godziny opoznienia podczas wycieczki. A dochodzi do tego jeszcze to, ze grupa liczyla 23 osoby, wiec zanim wszyscy zebrali sie w jednym miejscu to tez zawsze chwile zajmowalo.&lt;br /&gt;Drugim miejscem, ktore zobaczylismy byla gora, w ktorej bylo kilka jaskin i swiatynia hinduistyczna. Jak wchodzilismy pod gore to mijalo nas wieele osob dosc mocno wstawionych. Okazalo sie pozniej, ze to taka tradycja, ze ludzie pija a pozniej pijani i szczesliwi ida odwiedzic ta swiatynie... ciekawe. Do tego doszlo jeszcze wesele(ta czesc, w ktorej pan mlody przechodzi przez swoje okolice z cala zgraja ludzi, ktorzy graja na bebnach, tancza i spiewaja) , wiec dodatowo bylo glosno i co poniektorych z nas wciagnieto do tanca. Podobno jak ktos obcy, szczegolnie obcokrajowiec, sie dolaczy to przynosi to szczescie mlodej parze. &lt;br /&gt;Jako, ze traflilismy tam za pozno to wszystko bylo juz pozamykane, jaskinie tez. Zanim tam weszlam to nie przyszlo mi do glowy, ze jaskinie mozna zamknac... Ale jak sie okazuje mozna. Do tych otwartych raczej nie ma dojscia, chyba ze komus zycie niemile i bedzie sie wspianal. Ale zaplacilismy po 70 rupii od glowy i nam otworzyli. Jedna to byla jaskinia - swiatynia. W srodku wyklute byly posazki i kolumny. Do drugiej (takiej co to miala kilka pokoi i cos na ksztalt okien) nie udalo nam sie wejsc. A trzecia byla malenka i nie robila juz wiekszego wrazenia. Natomiast wrazenie robil widok na pozalewane pola ryzowe. Pieknie, naprawde pieknie :)&lt;br /&gt;Wrocilismy kolo 11.30 (planowo miala byc 9, ale coz, jestesmy w Indiach:D) i jeszcze poszlismy na piwko i kolacje. Caly dzien byl naprawde niesamowity. Milo tak wyjechac poza miasto, bardzo milo :)&lt;br /&gt;Caly wypad kosztowal nas 1500 rupii, czyli 75 zl za dwie osoby. Wliczajac w to kolacje z piwem w Bombaju, ktora oczywiscie byla najdrozsza.&lt;br /&gt;Jak juz pisalam, zdjecia wrzuce pozniej, a teraz koncze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/07/wypad-za-miasto.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-808397536923057315</guid><pubDate>Tue, 08 Jul 2008 04:22:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-07-07T22:12:28.225-07:00</atom:updated><title>Melon w programie "Dziura w scianie"</title><description>Ach ta nasza Melon. Caly czas ma szalone pomysly. Tym razem wystapila w hinduskiej wersji japonskiego show "dziura w scianie". Polega to na tym, ze w styropianowej scianie wyciete sa rozne ksztalty. Sciana sunie w strone zawodnika, jak uda mu sie doposowac i przejdzie przez sciane to zdobywa punkt dla druzyny. Jak nie to wlatuje to wody. A co ja bede opowiadac. Zobaczcie japonska wersje! http://www.youtube.com/watch?v=2LA34mOgAB8&amp;amp;NR=1 nie trzeba rozumiec co mowia, wystarzy popatrzec.&lt;br /&gt;A Mary Ellen wygladala tak:&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/zespol-756471.jpg"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/zespol-756468.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/hole-in-the-wall-740825.jpg"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/hole-in-the-wall-740822.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/07/melon-w-programie-dziura-w-scianie.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-8831805386518256554</guid><pubDate>Fri, 04 Jul 2008 10:39:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-07-04T05:11:28.905-07:00</atom:updated><title>pobyt w Polsce i znowu Indie</title><description>Przylecielismy jakos w poludnie. Mojej mamy mialo nie byc, ale zrobila mi mila niespodzianke i przyjechala na kilka godzin do Warszawy tylko po to, zeby sie ze mna przywitac. Ucieszylam sie ogromnie :) byla razem z mama Macka oczywiscie :) no i do tego takie trzy wariatki sie pojawily i przywitaly mnie "chlebem i sola na tej polskiej ziemi", przy czym trzymaly w rekach kajzerke i solnicze, ach no i jeszcze transparent "Welcome our Indian friends". No, przywitanie w sumie przemile i przewspaniale!! Dziekuje bardzo w imieniu wlasnym i Macka :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te kilka dni minelo nam jak z bicza strzelil. Co chwile gdzies jezdzilismy, spotykalismy sie, zalatwialismy. I jak to zwykle bywa nie wszystko udalo nam sie zalatwic ale na szczescie mamy tak wspanialych rodzicow, ze nam we wszystkim pomagaja. Caly tydzien byl troche meczocy. Owszem, milo bylo sie ze wszystkimi spotkac, ale zalujemy, ze tak w biegu. Ze nie udalo nam sie wszedzie na dluzej usiasc, poopawiadac wrazenia i wypytac co u naszej rodzinki  i przyjaciol. Mackowi udalo sie obronic na piateczke i jestem z niego strasznie dumna. Ogolnie bylo super. Moze i w biegu, ale cudownie bylo przyjechac na chwile do Polski.&lt;br /&gt;Dziekuje wszystkim przy okazj za milo spedzony czas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tutaj bez wiekszych zmian. Znowu ludzie powyjezdzali i znowu nowi przyjechali. Teraz na przyklad chwilowo mieszka z nami Maria z Polski. Jak przyleciala zapomnieli jej odebrac z lotniska i do tego okazalo sie, ze nie ma gdzie mieszkac za bardzo. Na szczescie sprawa jest juz rozwiazana i mieszkanie juz sie znalazlo dla niej i kilku nowych osob, ktore przylatuja w ten weekend.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na Macka w pracy czekali oczywiscie z ustesknieniem :) no i teraz zawalony jest robota. Maria, jako że pracuje z domu to siedzi tutaj ze mna. Przyszedl wczoraj pracownik naszego sasiada, ktory pracowal w naszym mieszkaniu w czasie remontu. Zadzwonil a jak otworzylam to wszedl praktycznie bez slowa pokazujac cos na kuchnie... pozniej wyszedl przez okno, cos zmierzyl, wrocil do mieszkania przez to samo okno i wyszedl. Pol godziny pozniej znowu przyszedl. Tym razem z czyms co przypominalo zmatowiona szybe, ale bylo elastyczne. I tak kilka razy. Pozniej cos cial, przyczepial, zaczepial, wiercil i tak dalej. A za ostatnim razem przyszedl z innym hindusem, ktory sie nawet nie przywital, spojrzal na to co tamten zrobil i wyszli... Za oknem w kuchni powstala taka  dziwna scianka. Jak Maciek wrocil to sie wyjasnilo o co chodzilo. Rozmawial z wlascicielem naszego mieszkania i ten powiedzial, ze nasi sasiedzi sie wstydzili do nas przyjsc i nam powiedziec (szczegolnie, ze maja problemy z angielskim) ale bardzo przeszkadza im to, ze ktos u nas pali. Jako, ze nasze okna sa do ich okien prostopadle tak, ze mozemy do siebie zagladac to jak ktos pali to to leci do nich. Pewnie Vitrus (wlasciciel mieszkania) poprosil, zeby postawic taka scianke miedzy naszymi oknami, ale jak zwykle nikt nas nie uprzedzil, ze cokolwiek bedzie sie dzialo... tak to juz bywa :) No nie powiem, zeby mi przeszkadzala ta scianka, bo czuje sie swobodniej wiedzac, ze nie bedziemy na siebie ciagle wpadac wzrokiem z sasiadami ale z tym wyczuleniem na papierosy chyba przesadzaja. Pala Ching i Maria. My z Mackiem nie palimy i praktycznie nie odczuwamy tego, ze ktos w domu pali, bo zwykle odbywa sie to przy oknie (po przeciwnej stronie niz mamy sasiadow) a im to przeszkadza... no, moze po prostu sie przyzwyczailismy i juz tego tak nie zauwazamy. Suma sumarm wczoraj  wpadl do nas Hindus, zrobil scianke i sobie poszedl. Przy okazji szafke w kuchni naprawil :D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie to zycie w Indiach pelne niespodzianek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/07/pobyt-w-polsce-i-znowu-indie.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-8918897478039665989</guid><pubDate>Thu, 19 Jun 2008 05:09:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-06-19T04:59:32.393-07:00</atom:updated><title>we wtorek (24.06.2008) o godz. 12.30</title><description>Maciej Starzyk wejdzie do sali egzaminacyjnej na obrone swojej pracy magisterskiej :) Trzymajcie mocno kciuki :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przylatujemy w sobote kolo poludnia. I zostaniemy do poniedzialku (30.06). Cieszymy sie na ten przyjazd. Bardzo sie cieszymy :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A tutaj ostatnio caly czas zmiany... osobowe. Dwa, trzy razy w tygodniu zegnamy jakas osobe. Nowe osoby przyjezdzaja. Powoli cala ekipa zaczyna sie zmieniac. Z niektorymi zegnamy sie bez wiekszych emocji, ale jak na przyklad wyjezdzal Hoosang czy Mindo z Amy to czulam sie jak na koniec letnich kolonii kiedy bylam mala. Lezka w oku i uczucie, ze nie wiem czy kiedys ich jeszcze zobacze. Moze sie uda, moze nie. I mysli, ze teraz to nie bedzie tu tak samo. No, na pewno nie bedzie tak samo. Mindo jak wyjezdal oddal nam glosniki i powiedzial, ze dostal je od praktykantow, ktorzy wyjezdzali i my jak bedziemy wyjezdzali tez je komus damy mowiac, ze dostalismy je od praktykantow, ktorzy tu kiedys byli. Nikt nie bedzie mial pojecia kim byli Amy i Mindo i cala reszta, ktora tu byla i pokazywala nam jak zyc w Bombaju... no ale nic to. Teraz trzeba nowym osobom pokazac co i jak sie tutaj zalatwia :) Przez ostatnie dwa tygodnie przyjechaly dziewczyny z Wegier, Tunezji i Holandii i chlopaki z Niemiec i Anglii, wiec miedzynarodowo jest caly czas :) A najsilniejsze reprezentacje maja Niemcy:5; Polska:3; Chiny:3; Kanada:3.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W weekend poszlismy pozwiedzac troche Mumbai. Meczet na wodzie, do ktorego idzie sie po takim betonowym falochronie (jak molo w Ustce) i do ktorego maja wstep wszyscy bez wzgelu na plec i wyznanie, co jest calkiem ciekawe. Bylismy w Swiatyni Mahalaxmi, gdzie ludzie skladaja w ofierze slodycze, kwiaty, kokosy. I jak mi o tym powiedziano to myslalm, ze pewnie lezy pare rzeczy wokol posazkow, ale to co zobaczylam bardzo mnie zdziwilo. Weszlismy tam w mniej uczeszczanych godzinach a przede mna bylo jakies 50 osob i kazdy trzymal kosz z ofiarami a bylam w srodku tylo 5 minut. Co chwile ktos przychodzil. Zastanawiam sie tylko co oni z tym wszystkim robia wieczorem, jak juz zamkna wejscie... Oczywiscie trzeba bylo zdjac buty i zostawic je przed wejsciem. Maciek mial w plecaku druga pare i kazali mu je tez zostawic. Wiec to nie jest tylko kwestia wchodzenia na boso, tylko nie wnoszenia obuwia do srodka. Ciekawe, musze sie gdzies o to podpytac. A sama swiatynia jest tak popularna, bo lezy nad samym morzem i wierzy sie, ze to dzieki niej wybrzeze nie jest zalewane. Legenda glosi, ze Brytyjczycy budowali mury, zeby powstrzymac wode, ale kazdy mur byl za slaby i po jakims czasie ustepowal wodzie. Dopiero kiedy wybudowali swiatynie to morze przestalo zalewac lad.&lt;br /&gt;Na tym nasze zwiedzanie sie skonczylo. Nastepnym razem kolejne dwie rzeczy i tak powoli powoli bedziemy znali caaaly Mumbai.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No to koncze. Do zobaczenia juz niedlugo!!</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/06/we-wtorek-24062008-o-godz-1230.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-5146462972690224964</guid><pubDate>Wed, 11 Jun 2008 12:11:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-06-11T05:33:45.718-07:00</atom:updated><title>No i leje...</title><description>Zaczelo sie na dobre. Jakis tydzien temu spadl deszcze wieczorem i myslelismy, ze znowu popada w nocy i przestanie na nastepny dzien. A tu niespodzianka. Od tamtej pory leje z malymi przerwami tylko。Wrzucilam kilka zdjec zebyscie zobaczyli mniej wiecej jak to wszystko wyglada。 Chodzi sie po wielkich kaluzach。 Bez parasola nie radzimy wychodzic。Kolejka czasami nawet nie chodzi，bo tory sa zalane。Narazie nie doswiadczylismy przerwy w dostawie pradu，ale za to w niektorych miejscach systemy siadaja przez deszcze i nie da sie zalatwic spraw zwiazanych z niedzialajaca komorka，czasami nie ma inetrnetu i takie tam。Poza tym jeszcze jakies trzy miesiace deszczow przed nami。&lt;br /&gt;Zaopatrzylismy sie w jakies puszkowane jedzenie，swieczki i dodatkowa wode。Jakby co bedziemy mogli spedzic kilka dni w domu， a slyszelismy ze czasami nie da sie wyjsc na zewnatrz，dostawy nie dzialaja a sklepy sa pozamykane。。。 jeszcze musimy kupic jakies kalosze i bedziemy przygotowani na wszystko。Generalnie to planowalismy to zrobic przed pora monsunowa，ale wszyscy mowili ze mamy jeszcze przynajmniej dwa tygodnie。Mam nadzieje ze jak przylecimy do Polski na te kilka dni to nie zacznie akurat padac。。。&lt;br /&gt;Koncze na dzisiaj。 Jako ze nasz komp sie calkiem zepsul to pozyczylam laptopa od Chinga i nie do konca moge nad nim zapanowac。Co chwile wyskakuja mi chinskie litery i musze pisac niektore slowa kilka razy zeby udalo sie napisac cos bez nich ：D&lt;br /&gt;buziaki</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/06/no-i-leje.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-3594189071141096303</guid><pubDate>Tue, 03 Jun 2008 08:31:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-06-03T02:20:26.929-07:00</atom:updated><title>Mamy internet, wracamy do zycia :)</title><description>No i zalozyli nam po tysiacu telefonach i trzech tygodniach czekania. Narazie netu moze uzywac jedna osoba naraz, ale mamy nadzieje, ze to sie niedlugo zmieni :) najwazniejsze ze jest i ze mozemy powoli zaczac odpisywac na listy. Jeszcze musimy sobie sluchawki kupic, zeby moc spokojnie przez skype rozmawiac. No to to juz tylko szczegol jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnio mielismy troche pechowy dzien. Jakis czas temu zamowilismy pizze, ktora przez korki sie spoznila, wiec dostalismy na kolejne zamowienie 50% znizki. Postanowilismy cieszyc sie tym z innymi i zaprosilismy znajomych do nas. Maciek kilka razy dzwonil i sie dowiadywal czy na pewno to bedzie wazne i czy to na cale zamowienie. Oczywiscie odpowiadali, ze tak. No i pechowy wieczor sie zaczal. Najpierw Michelle, dziewczyne z Chin, rikszarz zawiozl gdzies. Pisze gdzies, bo dokladnie nie wiem gdzie. Rikszarz mial ja przywiezc do nad ale zawiozl ja w zle miejsce i powiedzial, ze dalej nie jedzie. Ching pojechal jej szukac i po jakichs 30 minutach znalazl na szczescie. Pozniej jak juz wszyscy byli w domu zamowilismy pizze, taka pizza to niesamowicie dobra odmiana, nawet dla tych, ktorzy lubia indyjskie jedzenie. Maciek zamowil i co sie okazalo? Ze znizka oczywiscie jest wazna, ale na zamowienie do wysokosci 500 rupii, a jako, ze mielismy tu spora grupke to zamowienie wynioslo prawie 3000 rupii. Hmmm, zrezygnowalismy i wyszlismy na poszukiwanie innego miejsca. Kilkanascie bardzo glodnych osob blakalo sie razem z nami po okolicy jakies pol godziny.Kiedy juz zaczynali byc zli w koncu znalazl sie bar, w ktorym byla wystarczajaca ilosc miejsc, zeby nas wszystkich pomiescic. I juz myslelismy, ze pech nas opuscil, ale... i tu mala dygresja. W Bombaju jest mnostwo bezpanskich psow, rowniez na naszym osiedlu. Sa brudne, zaniedbane, nigdy nie szczepione, ale niegrozne. Leza sobie spokojnie, czasami warkna, ale generalnie sa bardzo mile i nic nie robia. Koniec dygresji, wracam do opowiesci. Po kolacji wracalismy do domku na skroty. Na drodze lezalo jakies 5 psow obok siebie. Zaczely warczec, ale spokojnie przechodzilismy. W poblizu stala tez grupka mlodych hindusow. Chcieli nam pomoc, wiec zaczeli rozganiac psy i ktorys z nich kopnal jednego psa. I to byl blad, bo pies postanowil sie zemscic i ugryzl Chinga w noge. Generalnie wieczor skonczyl sie o 2 w nocy wizyta w szpitalu. Ching dostal serie zastrzykow i nic mu nie bedzie. Ale najedlismy sie troche strachu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co jeszcze? Asha sie w koncu wprowadzila. Dostalismy reszte mebli. Zycie w budybku Silver Jade zaczyna nabierac normalnych ksztaltow. Asha co prawda za jakies cztery tygodnie wyjezdza do domu na trzy miesiace, ale akurat na ten okres przyjezdza na praktyke jakas dziewczyna z Anglii, wiec spoko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ach, no i jeszcze ze spraw technicznych:) nasz komputer oszalal i zachowuje sie tak jakby nie mial baterii. Wystarczy skok napiecia (dosc popularny w Indiach) i komputer jest wylaczony... no ale nic to. Korzystam z laptopa Melon a Maciek wzial naszego, zeby technicy w jego pracy rzucili na niego okiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hmm, no i za trzy tygodnie bedziemy w Polsce. Bardzo sie ciesze. Ale to baaardzo. Dobrze bedzie chociaz przez tydzien pozyc normalnie :) Nie to, zebym jakos specjalnie narzekala. Po prostu milo bedzie (a raczej CUDOWNIE) byc na chwile w domu :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No to koncze. Jako, ze mamy net bede czesciej teraz pisac. Buziaki ogromne dla Was wszystkich.&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/06/mamy-internet-wracamy-do-zycia.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-899657471097898274</guid><pubDate>Wed, 28 May 2008 09:20:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-06-01T01:57:59.013-07:00</atom:updated><title>Nasza winda gra Lambade</title><description>Brzmi smiesznie, ale to prawda. W bloku, w którym zamieszkalismy niedawno jest winda, która gra Lambade. To taki zabieg, zeby nie zapomniec jej zamknac. Na poczatku nas smieszyla, pozniej strasznie denerwowala a teraz sie przyzwyczailismy i praktycznie jej nie slyszymy. Tylko od czasu do czasu w domu ktos nuci pod nosem ta melodie.&lt;br /&gt;MIESZKANIE&lt;br /&gt;Mieszkamy na 4 pietrze w 3-pokojowym mieszkaniu. Na wejsciu jest salon, ktory rozdzielilismy zaslona, zeby Ching mial troche swojej wlasnej przestrzeni. Pozniej jest kuchnia, z ktorej przechodzi sie do dwoch sypialni i lazienki. Z wiekeszej sypialni przechodzi sie do drugiej lazienki. I tak jak normalnie uwazam, ze przechodnia kuchnia nie jest najlepszym rozwiazaniem to ta mi sie nawet podoba J Mieszkanie jest swiezo odremontowane. Jak sie wprowadzilismy to jeszcze przez jakis tydzien z kawalkiem przychodzili robotnicy, zeby cos poprawiac, montowac i takie tam. Kilka dni temu dostalismy szafe J Szafy sa tutaj calkiem ciekawe. Na poczatku myslalam, ze sie nie przyzwyczaje, ale jakos sie przemoglam. Generalnie szafy sa... pancerne. Nie, nie musicie przecierac oczu – dobrze przeczytaliscie: pancerne. Duze, metalowe, z kluczami i specjalna skrytka w srodku. Szafa wyglada jak taka co trzyma sie w niej wazne dokumenty, ale ma polki i miejsce na wieszaki. Jedno mozna powiedziec na pewno – monsun jej nie zmyje J No chyba, ze bedzie taki jak dwa lata temu i bedziemy ja trzymac na dworzu, ale raczej wolimy ja trzymac w naszym pokoju, wiec spokojnie, nic sie nie stanie.&lt;br /&gt;Generalnie jestesmy zadowoleni. Mamy swoj maly pokoik, w ktorym jest cholernie goraco rano, ale oprocz tego jest bardzo przyjemny i przytulny. Mary Ellen mieszka w wiekszym pokoju z Asha, ktora sie jeszcze nie wprowadzila nie mamy pojeca dlaczego... No i Ching mieszka w salonie. Ekipa niezla, tesknie troche za stara, ale coz... musimy sie przyzwyczaic do tego, ze tutaj co chwile cos sie zmienia. Jedni przyjezdzaja, drudzy wyjezdzaja, inni sie przeprowadzaja itd.&lt;br /&gt;SASIEDZI&lt;br /&gt;Sasiedzi sa bardzo mili. Dzieciaki mowia do nas wszystkich per ciociu i wujku. To mniej wiecej tak jak u nas sie mowi per pan, pani. Oczywiscie wszyscy wiedza kim jestesmy, skad jestesmy, jak mamy na imie. Czasami slyszymy „Hi Maciek” od osob, ktore widzimy pierwszy raz na oczy J mojego imienia narazie nie moga zapamietac, corki sasiadow pytaly sie juz kilka razy i juz zaczely przepraszac, ze nie pamietaja. No mi to wcale nie przeszkadza, moze przeszkadzaloby mi gdybym ja zapamietala ich imiona, a tak to jestesmy w podobnej sytuacji J Kilka dziewczynek zapamietalo moje imie i sa bardzo z tego dumne. Skutek jest taki, ze nie sa sie wyjsc z domu nie slyszac gdzies swojego imienia. Ogolnie sasiedzi usmiechaja sie do nas, wlasciciel mieszkania wpada czasami z jakims, zeby nam go przedstawic i takie tam. Czujemy sie tu znacznie bardziej komfortowo. Przyjemnie jest wiedziec, ze sasiedzi akceptuja nas, bo nie wszedzie tak jest.&lt;br /&gt;INTERNET&lt;br /&gt;Internetu nadal nie mamy. Maciek sie juz troche wkurza. Gdzie przez troche rozumiem z dnia na dzien coraz bardziej. I trudno mu sie nie dziwic. Po pierwsze zeby miec internet trzeba wypelnic formularz... przez internet J no dobra, zrobil to w pracy. Pozniej sie czeka na zaakceptowanie. Za pierwszym razem odrzucono prosbe mowiac, ze w tej okolicy nie obsluguja a my bardzo dobrze wiemy, ze w dwoch biurach na dole w naszym budynku jest internet... okazalo sie, ze cos z kodem bylo zle wpisane. Ale wiecie co? Nie mozna tego przeprawic tylko trzeba wypelniac wszystko od nowa i czekac na nowa decyzje. Pozniej to nie oni dzwonia czy pisza czy cokolwiek, trzeba do nich dzwonic kilka razy i sie dowiadywac. Juz nie bede przytaczac rozmow, ktore Maciek z nimi przebyl. Powiem tylko, ze byly lekko absurdalne i kiedy znowu po kilku dniach zadzwonil powiedzieli mu, ze prosba jednak jest odrzucona ale nie potrafia powiedziec dlaczego i nie moga przelaczyc do osoby, ktora ta decyzje podjela. Znowu cos mowili o tym, ze tego rejonu nie obsluguja. Ha! No wiec zrezygnowal z zalatwiania tej sprawy sam i poprosil mnie, zebym zeszla do wlasciciela naszego mieszkania i poprosila go o pomoc w tej sprawie: jakis kontakt, moze zeby on zalozyl na siebie internet. I co? Schodzac na dol natknelam sie na kolesia roznoszacego ulotki zgadnijcie ktorej firmy i co oferujace :D ech. Jeden wielki absurd. Suma sumarum internet bedziemy mieli za kilka dni, ale i tak z pomoca Vitrusa (wlasciciel mieszkania), bo od nas jako, ze jestesmy obcokrajowcami wymagaja stosu dokumentow. No niewazne. Kolejne starcie za nami. Juz niedlugo bede mogla odpisac na wszystkie maile J&lt;br /&gt;A to co teraz czytacie napisalam w domu i wysylam z kawiarenki. Nie lubie spedzac tu za duzo czasu, bo miejsca przy kompie jest tyle, ze ledwo sie mieszcze, monitor mam jakies 15 cm przez twarza a klawiature tuz przy sobie, no i jeszcze krzeslo z jednej strony stoi wyzej niz z drugiej. Musze przyznac, ze nie jest to najwygodniejszy sposob spedzania czasu.&lt;br /&gt;KONCERT&lt;br /&gt;W sobote poszlismy na koncert. Dowiedzielismy sie o nim dzien wczesniej. Do Bombaju przyjechal kwartet smyczkowy z Polski. Po znajomosci dostalismy wejsciowki. Wystroilismy sie, na wejsciu jakis starszy pan (Hindus), ktory wchodzil przed nami odwrocil sie i powiedzial „dobry wieczor”, weszlismy a tam... spokoj, chlodno, ale nie zimno i piekna muzyka. Jak nie Indie. Poczulam sie cudownie, taka oaza spokoju J raz na jakis czas jest to naprawde bardzo potrzebne. Takie doladowanie baterii, zeby miec sile do walki , o przepraszam, do zycia tutaj J&lt;br /&gt;A.J.&lt;br /&gt;To chlopak Melon (Mary Ellen). Hindus z Goa. Ma trzech braci i dwie siostry. Razem prowadza interes. Salon tatuazu i kolczykowania sie w roznych miejscach. Z tego co wiem to sa bardzo znani w Indiach. Maja 4 sklepy w Bombaju i dwa w innych miastach i ponoc jeszcze jeden w Bangkoku. Tlumy ludzi przychodza do nich codziennie. Sama bylam swiadkiem. Generalnie cale rodzenstwo jest bardzo sympatyczne. Najmlodszy ma dluuugie dredy w roznych kolorach i wyglada chyba najlepiej ze wszystkich. Chlopak Melon jest dosc nietypowym widokiem. Chlopaki wychodza z zalozenia, ze powinni byc reklama swojego biznesu. A.J. reklamuje ta czesc kolczykowa. Ma trzy kolczyki w nosie, nie wiem ile w uszach, w jezyku, nawet gdzies na dziasle (jak sie usmiecha to tak zwisa mu akurat na zebach) i nie chce wiedziec gdzie jeszcze. I nie mam nic przeciwko tatuazom i kolczykom, ale jesli nie jest to przesadzone... ech. No, ale chlopaki maja powodzenie i ciesza sie z tego co robia a to chyba najwazniejsze jest. A wiecie co jest najfajniejsze w tej rodzince? Ich mama. Ich mama siedzi w jednym ze sklepow i zarzadza wszystkimi papierami i kasa. Wyglada jak taka typowa starsza babka tutaj. Kolorowe sari, szare wlosy, sporo zlota, kropka na czole, mily usmiech. Jakby sie ja spotkalo na ulicy to w zyciu by czlowiek nie pomyslal, ze ta kobitka urodzila zgraje wariatow i do tego pracuje razem z nimi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólnie to wszystko gra. Pozegnalismy Amy i Mindo. Troche nam smutno, bo zdazylismy sie z nimi zzyc. Ale Amy przeprowadza sie za kilka miesiecy na Litwe, wiec pewnie znajdziemy jeszcze okazje do spotkania sie. Poza tym zaprosilismy ich na slub i mamy nadzieje, ze przyjada to wtedy ich poznacie. To ja koncze na dzisiaj. Justka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/05/nasza-winda-gra-lambade.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-7656056383342458626</guid><pubDate>Mon, 19 May 2008 06:42:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-05-18T23:42:27.835-07:00</atom:updated><title>Spadl cieply deszcz</title><description>Wczoraj mielismy pojechac wieczorem na piwko do seaview hotel. To zaraz obok wejscia na juhu beach. Swietne miejsce bo polozone na wyniesionym tarasie ogrodzonym murem. Jak sie siedzi, to widac moze i nie widac zasmieconej plazy, wiec jest naprawde przyjemnie. No i nikt nie podchodzi i nie zaczepia. Ja zgodnie z maksyma Mindo 'skoro ze mnie sobie robia jaja to ja tez z nich kpil bede', jak do mnie podchodza faceci i mowia 'Masage Masage?' to ich pytam 'Do you give a Gand Masage?'. Jedni wtedy otwieraja usta w zdziwieniu, inni zaczynaja sie smiac, poniewaz Gand w hindi znaczy dokladnie to samo, co d*** po Polsku. :D.&lt;br /&gt;Tym razem niestety droga do Juhu beach byla zakorkowana i Justynka spedzila de facto 2h w rikszy bo jak przyjechalismy to sie okazalo ze trzeba wracac, bo Page musiala wrocic na lotnisko.&lt;br /&gt;Wrocilismy do domu i zgodnie z umowa mialo byc u nas 'gotowanie'. O tym ze bedzie u nas dowiedzielismy sie w sumie tego samego dnia wiec nic nie mielismy. Natomiast organizatorzy przyszli i o ile co po niektorzy mieli cos gotowego, o tyle pierwsze co zrobili, to zajrzeli do naszej lodowki zeby zobaczyc co sie da upichcic. Troche to bylo irytujace, ale stwierdzilem ze nie ma sie co przejmowac: moze po prostu roznimy sie troche wiekiem i mamy do niektorych spraw inne podejscie. Tak wlasciwie to tylko kilka lat (powiedzmy ze do pieciu), ale zdecydowanie jestesmy znacznie bardziej poukladani.&lt;br /&gt;Przeprowadzila sie do nas mellon i brakuje juz tylko Ashy! Nasz dom nabiera pelnych ksztaltow i z kazdym dniem czuje sie w nim coraz lepiej. Sasiadow tez mamy wporzasiu i staram sie z nimi rozmawiac jak najwiecej, bo jak nas troche poznaja, to sie nie beda nas bac. To tak zwykle dziala ze jak cos jest troche inne i sie tego nie zna i nie rozumie to sie czlowiek moze nieco bac.&lt;br /&gt;Pozna noca, po polnocy, zerwal sie nagle ostry deszcz. To pierwszy raz kiedy widzialem deszcz w tym kraju. To tez pierwszy deszcz w Bombaju w tym roku. Wokol rozniosl sie zapach mokrej ziemi a we wszystkich oknach pojawili sie ludzie, szczegolnie duzo dzieci.Deszcz padal przez 10 minut i pozniej przeszedl. To dopiero sam poczatek, za kilka tygodni rozpada sie juz na dobre, i bedzie padac i padac ... i padac. A pozniej wszystko zakwitnie i znowu wyschnie.</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/05/spadl-cieply-deszcz.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-4669771200291245961</guid><pubDate>Wed, 14 May 2008 12:55:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-05-18T21:43:56.762-07:00</atom:updated><title>Na wschodzie bez zmian</title><description>&lt;p&gt;No u nas tutaj porzoga troche... W chinach bylo trzesienie ziemi, ponoc 20tys ludzi zginelo. W sumie to na razie tylko szacunki wiec moze byc i wiecej. W birmie wielka fala sie przelala przez brzeg czy tez cyklon byl jakis wielki i zginelo chyba z 80000 osob. Koszmar.&lt;br /&gt;Dla odmiany w Jaipurze byl atak bombowy i tak, jak w Indiach ataki bombowe sa sporadyczne, tak tym razem 9 bomb wybuchlo na Johari Bazaar i zabilo 80 osob. Wszyscy sie pukaja w glowe, jak sie okaze ze to muzulmanie za tym stoja to sie skonczy tak jak zwykle: hinduisci sie zorganizuja i pojda tluc muzulmanow i gwalcic muzulmanki. Odpowiedzialnosc zbiorowa, wsparta tym ze hinduistyczne rodziny (biedniejsze) wychowuja dzieci w stosunkowo duzej nienawisci wobec muzulmanow. Tym razem amerykanie obiecali pomoc zrobic dochodzenie. No i najlepsze jest to, ze nie trudno tu wylapac zboczencow co podkladaja te bomby, bo przeciez jest zawsze 1000 swiadkow kazdego wydarzenia. Tak samo trudno jak i latwo sie schowac w tlumie. Wszystko chyba zalezy od szczescia.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Na szczescie w Bombaju cisza i spokoj, Siedze sobie w klimatyzowanym biurze i dzwonie do znajomych ktorzy jezdza po kraju zebys sie dowiedziec czy wszystko ok. No i Wszystko w sumie ok, na szczescie.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Przeprowadzilismy sie do nowego mieszkania. Kroczek po kroczku Wszystko sie w nim pojawia, dzis ma byc lodowka. Zastanawiam sie czasem nad tym, jak to jest ze ja sie przejmuje lodowka... jak przyjdzie powodz to i tak wszystko zmyje... no, moze przynajmniej na szczescie mieszkamy na 4 pietrze wiec nie bedzie zle.&lt;/p&gt;</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/05/na-wschodzie-bez-zmian.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-5748264457989743245</guid><pubDate>Sat, 10 May 2008 11:06:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-05-10T04:53:03.539-07:00</atom:updated><title>Przeprowadzka!!!</title><description>I to juz jutro :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W koncu udalo nam sie dopiac prawie wszystko do konca i sie przeprowadzamy. Arjun sie stara, reszta nadal przeszkadza, ale jakos dalismy rade przeforsowac nasz pomysl :) no wiec pakujemy sie :)&lt;br /&gt;Mieszkanie jest mniejsze i troche drozsze, ale... bedziemy mieli swoj pokoj a mieszkanie jest niecaly kilometr od pracy Macka (no i moze mojej juz niedlugo, ale narazie nic nie mowie, zeby nie zapeszyc, wiec nie dopytujcie, na pewno sie dowiecie :)). Troche smutno opuszczac to miejsce, bo jednak tu jest najwieksze skupisko praktykantow, ale jest sporo punktów za takim rozwiazaniem:&lt;br /&gt;- ludzie z jednego z trzech mieszkan tutaj beda musieli sie wyniesc w przyszlym miesiacu, bo wlasciciel podniosl kwote wynajmu, wiec i tak pod koniec miesiaca bedzie zamieszanie&lt;br /&gt;- bedziemy mieli swoj pokoj; juz sie przyzwyczailismy do spania na podwojnym materacu, ktory lezy na pojedynczym lozku i do tego, ze co wieczor siedzi to zgraja ludzi i nie zawsze mozna sie wyspac, ale jednak lepiej miec swoj kont, w ktorym od czasu do czasu mozna sie zamknac&lt;br /&gt;- odleglosc do pracy jest kilka razy mniejsza, zamiast 70 rupii dziennie Maciek bedzie wydawal 10 i do tego bedzie mogl byc w domu w 10 minut :)&lt;br /&gt;- tam jest cicho i w przeciwienstwie do tego budynku nie bedzie slychac piec razy dziennie dziwnych modlow, nikomu nie ublizajac oczywiscie (swoja droga przyznam, ze troche mnie denerwuje nachalnosc muzulmanow z ich religia i wystawianiem glosnikow tak, zeby bylo ich slychac w odleglosci kilometra; szczegolnie uciazliwe to jest kiedy mieszka sie miedzy piecioma meczetami...)&lt;br /&gt;- duzo mniej slumsow; slumsy sa wszedzie a tutaj jest jakies ich spore skupisko. W zasadzie to juz sie do nich przyzwyczailismy, ale niestety ostatnio daja sie nam ze wznaki. Stalismy sie swojego rodzaju atrakcja, lobuzy juz sie przyzwyczaily do widoku białych i zaczynaja troche inaczej sie zachowywac. To juz nie tylko stanie pod oknem i gapienie sie na wszystko co sie robi, to juz nie tylko jakies docinki w ich jezyku, ostatnio znalezli sobie rozrywke i rzucaja w nas kamieniami... no nie dzieje sie to tak caly czas, ale juz i Maciek, i Daniel oberwal (lekko, narazie to sa male kamyczki, ale co bedzie w przyszlosci to nie wiem), kolo mnie ostatnio tez kamyczek przelecial, ile przelecialo niezauwazonych wole nawet nie myslec... zdaje sobie sprawe z tego, ze sposrod tych wszystkich ludzi tylko kilkoro jest niemilych (reszta podchodzi i pyta sie o imie, skad jestesmy, usmiechaja sie, jest to znacznie przyjemniejsze trzeba przyznac), ale po co byc w miejscu gdzie jest wieksze pradopodobienstwo tego, ze spotka Cie cos nieprzyjemnego...&lt;br /&gt;- czy mowilam juz o pokoju? :D&lt;br /&gt;To takie glowne plusy. Minusem jest to, ze jest drozej (choc czesc z tego zwroci sie na mniejszej oplacie za dojazdy do pracy). No i to, ze tutaj zostaje na przyklad Aga.&lt;br /&gt;Ach. No i oczywiscie jak na Indie przystalo nie wiemy kiedy bedziemy mieli tam lozko, szafe, pralke czy lodowke. Podobno szybko. Ale Ci z 603 tutaj czekaja na lodowke od trzech tygodni ponad i wszystko trzymaja w naszej. Hmm, w sumie teraz pomyslalam, ze nie dostali tej lodowki, bo AIESECowcy juz wiedzieli, ze trzeba bedzie ich wszystkich przeniesc. No nic to. Materac dmuchany jakby co mamy. A jak juz sie tam przeniesiemy to bedziemy walczyc o reszte!! :D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wczoraj bylismy na bardzo sympatycznej kolacji. Marek, ten polak, ktorego Maciek poznal na AIKIDO powiedzial, ze jest tutaj jeszcze taka Kasia, dal nam do niej kontakt i sie w nia umowilismy. Mieszka w Indiach od trzech lat, zaczelo sie od zwyklej podrozy :) teraz mieszka ze swoim chlopakiem. On jest z Bombaju, razem z bratem prowadza maly ale nawet dochodowy interes i jest przesympatyczny :):) Ona jest instruktorka jogi i prowadzi lekcje u siebie w domu i w szpitalu dla kobiet w ciazy. Mieszkaja tuz przy plazy, otwieraja okno i moga nacieszyc sie widokiem, czystym powietrzem i przecudownym szumem. Ach, mieszka z nimi jeszcze Jazz - ich pies. Jak go zobaczylam to sie przerazilam. Jak wszedl do domu to pierwsze co zrobil to chwycil mojego buta a ja balam sie mu go odebrac, bo z rodwailerami lepiej nie zadzierac. Ale wiecie co? To taki rodwailer pierdola! Po prostu boski. Oddal buta bez mrukniecia zadnego. Pomylil go ze swoja koscia, ktora sie zawsze chwali po prostu. Pozniej lezal sobie spokojnie. Czasami podchodzil, zeby polizac swoja pania, czasami sobie chrapnal rozkosznie lezac kolo nas. I ten pierdolowaty wzrok! No boski psiak. No i do tego zna rozumie wiecej po polsku niz po angielsku czy w hindi :) Mily wieczor, bardzo mily nawet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A na koniec zalaczam Wam dwa zdjecia. Na jednym widac okolice w ktorej bedziemy mieszkac, na drugim - ta, w ktorej mieszkamy :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/nasze-nowe-mieszkanie-746227.bmp"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img src="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/nasze-nowe-mieszkanie-746149.bmp" border="0" alt="" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/sagar-city-736823.bmp"&gt;&lt;img src="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/sagar-city-736750.bmp" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/05/przeprowadzka.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-2075385035949959826</guid><pubDate>Mon, 05 May 2008 08:52:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-05-05T02:31:25.459-07:00</atom:updated><title>Zycie w Bombaju czesc 2 - koszty</title><description>Jako, ze niektorzy z Was pytaja sie mnie jakie sa koszty zycia w Bombaju to napisze conieco na ten temat. Przy czym jeszcze raz przypomne: Bombaj jest najdrozszy w Indiach.&lt;br /&gt;A wiec tak. Bede podawac wszystko w Rupiach. Jeszcze niedawno 100 rupii kosztowalo 6,7 zl, teraz kosztuje 5,45. &lt;br /&gt;Czyli jak to co podam podzielicie sobie przez 18 to bedziecie wiedziec ile mniej wiecej w zlotowkach wydajemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkanie praktykantow miesiecznie = 4-5 tysiecy/os. w zaleznosci od tego gdzie mieszkaja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rachunek za prad = 1,5-2 tysiecy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Woda mineralna 20 litrow = 150. Zamawiamy mniej wiecej 2 baniaki na tydzien.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani, ktora u nas troszeczke sprzata = 500 za miesiac&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(prad, woda, sprzatanie to koszty, ktore dzielimy przez liczbe mieszkancow, czyli 6)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam pojecia ile placimy za internet... ale sie dowiem :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bilet miesieczny na kolejke, 1 klasa = 460&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilogram pomidorow, ogorkow itp = 20&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ryz = 20-30&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jajko = 2&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bulka = 1&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chleb tostowy = 25&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Arbuz = 50/szt&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mango = 15-25/szt&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ser zolty = 60-70/10 plasterkow&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paneer (tutejszy bialy ser) = 180/kg&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piwo 0,6 = 40-70&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obiad zamawiany = 50-100&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Riksza = mniej wiecej 10/km&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sok litrowy = 85-100 (niestety drogo), czasami mozna w promocji kupic dwa za jeden&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Napój gazowany=50/2l&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z lepszych ciuchow np. koszula = 600&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ze zwyklych np. koszulka, spodnie letnie = 100&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesli interesuje Was cos konkretnie to dajcie znac a napisze ile to kosztuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziekuje bardzo za uwage.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/05/zycie-w-bombaju-czesc-2-koszty.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-2155941733464528721</guid><pubDate>Sun, 04 May 2008 16:25:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-05-04T10:15:50.920-07:00</atom:updated><title>Po kilkudniowej przerwie nadajemy ponownie :)</title><description>A wiec tak. Kilka ostatnich dni bylo calkiem przyjemnych i zabawnych, no wykluczajac male zatrucie...&lt;br /&gt;W srode, jako ze czwartek wolny i mozna sie wyspac, mielismy imprezke. Zamysl byl taki: najlepsze wina i ssery Indii :) oczywiscie wino bylo najtansze jakie znamy, ser kupiony gdzies w supermarkecie tez za niewielkie pieniadze. Kazdy wchodzac na impreze dawal 100 Rupii, wiec stratni na tym nie bylismy. Wino mimo, ze najtansze to calkiem niezle. Bylam pewna, ze za ta cene w Indiach dostaniemy jakiegos lokalnego "Byka" albo inna "Arizone", na szczescie milo sie zaskoczylam. Odkrylismy taki lokal, w ktorym jest wloskie (a raczej hindu-wloskie, ze wzgledu na przyprawy) jedzenie i sporo wina, bo lokal sponsoruje jakas winiarnia. W Indiach nie mozna reklamowac alkoholu, wiec mysle, ze calkiem niezly sposob wynalezli, zeby sie wypromowac. Lokal nazywa sie Ivy i jak bierze sie winko na miejscu to cena za butelke waha sie od 150 do 2000 Rupii + podatek oczywiscie. Jak kupuje sie do domku to najtansze winko kosztuje 130 (juz z podatkiem) = uciecha dla studentow :) A ser... hmmm ser byl cudowny, prawdopodobnie jeden z gorszych jakie mozna dostac w Polsce, ale porownujac do tych tutaj byl przecudowny. Nie wiem jak to mozliwe, bo pija tu duzo mleka, maja przerozne przetwory mleczne a nie mozna dostac normalnego dobrego zoltego sera. W zyciu bym nie pomyslala, ze bedzie mi go kiedys brakowalo. A wracajac do wieczoru. Przyszlo jakies 20-25 osob i to w miare o czasie :) Bardzo sympatycznie :) no i do tego jeszcze tort z napisem "Happy Birthday Justina" w ktoryms momencie wwedrowal do pokoju, wiec bardzo sie ucieszylam. To nie miala byc impreza urodzinowa, ale w taka sie przerodzila. Oczywiscie wiedzialam co sie swieci, bo tym razem nikt nie byl za specjalnie sybtelny :) heh, nie tak jak wtedy kiedy pod moim balkonem zobaczylam grono znajomych wokol ogromnego plakatu, albo jak innym razem z 25 osob schowalo sie w bardzo malej lazience (nie wiem jakim cudem), albo jak Maciek zawiazal mi oczy i wywiozl mnie... do mojego mieszkania :D no wiec tym razem nie bylo niespodzianki ale i tak znowu bylo niepowtarzalnie :) Nom, wieczor skonczyl sie kolo 4 czy 5 nad ranem. W miedzyczasie poszlismy do klubu, w ktorym muzyka byla niezla, ale niestety DJ caly czas cos gadal. Bez przerwy. I do tego na scianie byl wlaczony ogromny telewizor. Wiec wygladalo to tak, ze panowie ogladali mecz udajac, ze tancza a panie probowaly tanczyc w przerwach gadania DJa. Smiesznie.&lt;br /&gt;Jako, ze sroda skonczyla sie dosc pozno, to czwartek zaczal sie jakos pozniejszym popoludniem. No wiec niestety nici z planow pojechania na Elefante (wyspe niedaleko Bombaju). W wieczorkiem usiedlismy sobie i przy malym drinku gralismy w Jenge (a wlasnie! Dostalam Jenge na urodziny). Jenga to gra towarzyska, uklada sie z klockow wieze a pozniej wyjmuje sie pojedynczo klocki z dolu i uklada na gorze. Ten, przy ktorym wieza sie rozpadnie - przegrywa. No gra bombowa!! :)&lt;br /&gt;Na nastepny dzien Maciek lecial do Delhi. Przygotowywal ze swoim szefem jakies warsztaty i polecial, zeby z nim je poprowadzic. Mowi, ze bylo baaaaardzo fajnie i ze bardzo mu sie podobolo. Praca przypominajaca bardzo prace AIESECowa. Lecial z samego rana i wracal tego samego dnia wieczorem. Samolot na trasie Mumbai-Delhi, ktory powinien leciec dwie godziny oczywiscie lecial prawie trzy. Ech. Indian Time.&lt;br /&gt;Weekend milaj jakos szybko. W sobote przed poludniem mialam casting, wiec znowu nie pojechalismy ne Elefante. Casting mial byc do reklamy banku, ale okazalo sie, ze jest do filmiku firmy jubilerskiej. Nie do reklamy, ktora bedzie gdzies pokazywana, tylko do filmiku, ktory jest pokazywany klineton. Trzeba bylo zalozyc na siebie duuuuuzo roznej bizuterii i ja poczuc :D glaskac, przygladac sie, wyobrazic sobie, ze sie przeglada w lustrze i takie tam. Tuz po mnie przyszla jakas modelka, wiec szans nie mam, ale kolejne doswiadczenie mam za soba :)&lt;br /&gt;No i jeszcze ogladamy mieszkania. Szukanie mieszkania w Bombaju jest duzo trudniejsze niz w Warszawie. Po pierwsze nie ma czegos takiego jak wynajem bezposredni, tylko przez brokera. Po drugie zawsze mowia co innego niz jest w rzeczywistosci. Po trzecie trzeba zaplacic depozyt w wysokosci minimum 50000 rupii (zwykle jest to 100-2oo tys). Po czwarte brokerowi trzeba zaplacic tyle ile sie bedzie placilo pozniej za miesiac. Po piate wiekszosc mieszkan nie ma mebli, no, to akurat jest mniejszy problem, bo AIESEC ma nam jakies dac. No a poza tym to jedno mieszkanie jest ladne, ale za male i za drogie. Drugie mieszkanie jest duuuze, takie, ze 7 osob sie zmiesci, ale jest obdrapane, nie ma normalnej podlogi i ma jedna lazienke (a w momencie kiedy tu sa takie upaly i kazdy bierze prysznic przynajmniej dwa razy dziennie to moze byc uciazliwe). I tak dalej i tak dalej. W kazdym mieszkaniu jest cos nie tak. Nie to, zebysmy mieli jakies specjalne wymagania, ale fajnie by bylo mieszkac chociaz w miare wygodnie :)&lt;br /&gt;A dzisiaj urzadzilismy wspolne gotowanie. Puree ziemniaczane, warzywa rozne przerozne duszone a na deser nalesniki z serem (paneerem, ale calkiem niezle wyszly).&lt;br /&gt;Gdyby nie to, ze wczoraj sie czyms podtrulam to bylby chyba jeden z przyjemniejszych weekendow, jakie tu spedzilam. Na Elefante nie udalo sie pojechac, ale moze w przyszlym tygodniu sie uda :)&lt;br /&gt;A Maciek kupil sobie slownik Hindi i sie teraz uczy liter i roznych zwrotow :) Wszyscy go tu podziwiaja za umiejetnosc szybkiego uczenia sie. Ja tez jestem pod ogromnym wrazeniem.&lt;br /&gt;A Asha i Mary Ellen staraja sie cos mowic po polsku, bo stwierdzily, ze to przecudowny jezyk. Mamy znalezc nawet Ashy meza w Polsce, zeby mogla do niego mowic "Miszu" :D albo "kfiatuszku". No, nad wymowa musza jeszcze troche popracowac. Narazie najlepiej wychodzi im to co mowia najczesciej po polsku, czyli "na zdrowie" :)&lt;br /&gt;Tym milym akcentem zakoncze dzisiejszy wywod.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/05/po-kilkudniowej-przerwie-nadajemy.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-2406670169634887740</guid><pubDate>Tue, 29 Apr 2008 04:51:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-28T22:59:08.827-07:00</atom:updated><title>Goscie, goscie</title><description>Gosc numer 1.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Bombaju w czesci turystycznej znajduje sie "Leopold's Cafe". To jeden z najbardziej znanych w Bombaju pubow. Jako, ze za jakies 3 tygodnie zjada sie&lt;br /&gt;tutaj praktykanci z calych Indii to AIESECwcy postanowili poszukac jakiegos miejsca, zeby zarezerwowac tylko dla nas, moze jakies znizki wynegocjowac. Trafili wlasnie do "Leopold's Cafe" i wlasciciel okazal sie byc bardzo zainteresowany, ale stwierdzil, ze zanim podejmie decyzje, zeby zamknac pub na jeden dzien, zeby byl tylko dla nas to musi nas poznac. Zobaczyc czy rzeczywiscie przyjda ludzie z roznych krajow itd itp. No wiec siedzimy sobie ktoregos dnia wieczorem w domku i dowiadujemy sie, ze za jakas godzinke wpadnie do nas wlasciciel tego pubu :) hmmm, no nie powiem, zeby byl u nas jakis specjalny porzadek i zebysmy byli na taka wizyte w jakikolwiek sposob przygotowani, ale trudno :) Generalnie to chcielismy zrobic dobre wrazenie. Ogarnelismy&lt;br /&gt;mieszkanie, bo przeciez chcial zobaczyc jak zyjemy. Wyskoczylismy z dresow i ubralismy jakies jeansy przynajmniej. No i przyszedl. Wchodzi facet po czterdziestce. Jeden z tych co przezywaja druga mlodosc. Obcisle jeansy, koszulka Harleya Davidsona, was pod nosem, loki jak u Lionela Richego, zlote sygnety na dloniach (!!!). No, pierwsze wrazenie dosc dziwne. Ale co? Okazal sie&lt;br /&gt;byc bombowym facetem! :) Pozagadywal, podopytywal, poopowiadal. Super. I my jemu tez chyba sie dosc sympatyczni wydalismy, bo knajpe na weekend recepcji (wtedy co to wszyscy praktykanci sie zjezdzaja) mamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gosc numer 2.&lt;br /&gt;Maly i bardzo niesympatyczny. Na szczescie byl tylko przez chwile i zniknal. Tego samego dnia, ktorego sie pojawil bylismy ogladac mieszkanie. Bylo nawet calkiem calkiem, ale jak zobaczylam stado (WIELKIE STADO) ogromnych karaluchow to mi sie odechcialo dalej ogladac. Pomyslalam sobie wtedy, jak to dobrze, ze u nas chodza i pryskaja co jakis czas to nie mamy takich przyjaciol w domku. I oczywiscie zdazylo sie to co zawsze zdaza sie w takich sytuacjach. Ledwno pomyslalam, ze nie ma a tu wieczorem na stope wlazl mi taki OGROMNY jeden. Zrzucilam go z siebie i pospiklalam w calym pokoju i kuchni i lazienkach, zeby juz go wiecej nie widziec :) no i wiecej sie nie pokazal. A czemu nagle sie znalazl w mieszkaniu? Bo tego dnia psikali wszedzie a u nas nie bylo akurat nikogo, wiec nikt panu psikajacemu nie otworzyl. Stwierdzilismy, ze to pewnie byl jakis pojedynczy uciekinier z innego mieszkania i tyle. Ufff. Wszystko zniose... nawet jak jakims cudem jaszczurka wlazla na 6 pietro i do naszego&lt;br /&gt;mieszkania to mnie to tak jakos bardzo nie przerazilo... ale karaluchow nie znosze. No.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gosc numer 3 (a raczej goscie numer 3 i 4)&lt;br /&gt;Grzes i Klaudia. Grzesiek jest kolega z liceum Macka. Razem ze swoja dziewczyna 9 miesiecy temu wybrali sie w podroz dokola swiata (a raczej po czesci swiata). Kupili bilet lotniczy, w ktorym musieli okreslic 7 przesiadek i wylecieli. Swoja podroz koncza w Indiach i akurat sa w Bombaju. Dowiedzielismy sie przez przypadek. Powiedzielismy im, ze bez sensu spac w hotelach (bo to akurat drozsze jest tutaj), wiec niech przyjada do nas.&lt;br /&gt;Ja tak sobie myslalam, ze to my odwazni jestesmy, ze w Indiach mieszkamy i takie tam. A oni... 9 miesiecy w podrozy: Australia, Nowa Zelandia, Tajlandia, Hong Kong, Indonezja itd... wow. Opowiadali rozne, przerozne rzeczy. I to co mnie najbardziej zaskoczylo to to, ze w Indiach narazie odpoczywaja i jest im naprawde lepiej. A to dlatego, ze tu ludzie sa zyczliwi. I moze rzeczywiscie zdazaja sie tacy co sie gapia (ale gapieniem krzywdy nie robia) i tacy co lapia (ale takich to po twarzy mozna zdzielic), ale maja jakies uczucia, zagaduja nie zawsze chcac za to pieniadze, pomagaja bezinteresownie. Oni spotkali sie do tej pory z dwoma rodzajami ludzi: takimi co w ogole nie wyrazaja swoich uczuc, nie mowia "czesc", "przepraszam", "dziekuje", nie usmiechaja sie, nie zloscza... slowem nic... i z takimi co wyrazaja uczucia przez pieniadze tylko i wylacznie. A w Indiach owszem znajda sie i tacy, ale jednak po takiej podrozy odczuwa sie to zupelnie inaczej. Dzieki temu wszystkiemu co opowiadali troszeczke inaczej spojrzalam na tych ludzi tutaj. I mi sie przyjemnie zrobilo.&lt;br /&gt;Klaudia i Grzesiek dzisiaj wyjezdzaja.&lt;br /&gt;Jutro robimy mala imprezke.&lt;br /&gt;W czwartek pojedziemy cos zwiedzic i moze poszukamy mieszkania.&lt;br /&gt;W piatek Maciek leci do Delhi, bo ma tam jakies warsztaty. Nie wiem kiedy dokladnie wraca.&lt;br /&gt;A w weekend albo jakos po pewnie znowu cos napisze :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/goscie-goscie.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-3488723087584774185</guid><pubDate>Sun, 20 Apr 2008 05:52:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-21T03:44:05.328-07:00</atom:updated><title>Dzialo sie...</title><description>&lt;div&gt;A wiec tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po pierwsze: praktyki nadal nie ma, ale hmmm, to i tak nie bylo to czego tak naprawde szukalam. Na pewno sie cos znajdzie niedlugo :) a jak sie znajdzie to na pewno dam znac.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie: Maciek w piatek wzial sobie dzien wolny. Ale nie taki dzien wolny od pracy calkiem, tylko dzien wolny od pojscia do biura. Pracowal w domu i twierdzi, ze duzo lepiej mu sie tu pracowalo. W Indiach w biurach maja fiola na punkcie rozkrecania klimatyzacji, wszyscy zgodnie twierdza, ze jest za zimno. Sporo osob chodzi caly czas przeziebionych. A Maciek jest osoba raczej cieplolubna. Zupelnie odwrotnie niz ja :D&lt;br /&gt;Amy i Mindo wyjechali w piatek do Kerali pozwiedziac (zostalo im poltora miesiaca praktyki, z czego przez miesiac bede w podrozy... cwaniaki). Poznali tutaj babke, ktora zalatwiala Mindo przesluchania do Bollywood i zanim wyjechali to dal jej kontakt do nas. No wiec w piatek pojechalismy zrobic sobie zdjecia. Ha! Nasza pierwsza sesja zdjeciowa :) zobaczymy czy cos z tego wyjdzie :) moze niedlugo zobaczycie nas w jakiejs reklamie, teledysku albo filmie Bollywood!&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/DSCN2645-750040.JPG"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/DSCN2645-749522.JPG" border="0" /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;A! No i Mary Ellen zrobila nam tatuaze z Henny :) pracuje w organizacji pozarzadowej&lt;br /&gt;z dzieciakami. Tego dnia byly zabawy z Henna. Melon (tak mowimy na Marry Ellen) ma cala reke w dzieciecych rysunkach. Maciek ma roze i moje imie na ramieniu a ja jakis szlaczek na krzyzu :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie: Maciek zaczal znowu chodzic na AIKIDO. I co? Przez caly ostatni trening cwiczyl z jednym kolesiem, gadali sobie i w ogole. Na koniec zapytal Macka jak ma na imie i skad jest. I co sie okazalo? Ze to polak! Jest tutaj z zona, ktora rozkreca w Indiach Pioniera. Fajnie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po trzecie: chyba w koncu sie uda nam przeprowadzic. Mieszkan znalezlismy kilka ale to nie od nas wybor zalezy, bo to nie my bedziemy placic depozyt. Problem byl taki, zeby zmusic Arjuna (aiesecowca), zeby poszedl ogladac mieszkania i targowac sie o cene. Teraz prace nad tym pojda troche szybciej, bo umowa wynajmu mieszkania na 15 pietrze w Sagar City konczy sie juz w tym miesiacu... wiec i tak musi byc nowe mieszkanie! Za kilka dni powinnismy sie wyprowadzic i miec wlasny pokoj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po czwarte: poszlysmy z Aga napelnic butle gazowa :) i mamy na czym gotowac w koncu! Jakos nikomu nie chcialo sie za to zabrac i jedzenie caly czas zamawialismy. A tak to wczoraj moglismy sobie zjesc razem jajecznice na sniadanie. Jak dobrze bylo poczuc cos co przypominalo troche dom. Taka prosta, mala rzecz a cieszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po piate: jakby opisac wczorajszy wieczor schematem to wygladal tak: zamieszanie-podekscytowanie-niespodzianka-znuzenie-wkurzenie-jeszcze wieksze wkurzenie-fantastyczna zabawa-zmeczenie... :) A to wszystko dzieki koncertowi! Wyclef Jean na zywo w Hard Rock Cafe Mumbai! Ale od poczatku. Umowilismy sie wszyscy na stacji kolejowej. Maciek mial sie do nas dosiasc na jednej ze stacji i mielismy pojechac razem. Zanim przejde dalej male slowo wyjasnienia: w Bombaju sa dwa rodzaje kolejek. Szybkie i wolne. Szybkie zatrzymuja sie na wybranych stacjach przez reszte przejezdzajac. Wolne zatrzymuja sie na wszystkich. Mozna to porownac do naszych krajowych polaczen pospiechem i ekspresem. Zeby dojechac na kocert powinnnismy byli wsiasc do wolnej, ale oczywiscie wsiedlismy do szybkiej :D Maciek czekal na peronie wolnej, wiec sie do nas nie dosiadl... itp itd. Juz nie bede tlumaczyc wszystkiego, bo w ciagu 15 minut kilkanascie razy zmieniane byly plany jak tam dotrzec. Skonczylo sie na tym, ze Mary Ellen i ja dolaczylysmy do Macka w innym pociagu a cala reszta pojechala taksowka. Suma sumarum my bylismy jakies pol godziny przed nimi :) nie moglismy sie doczekac koncertu. Czekamy w kolejce i okazalo sie, ze koncert nie kosztuje 500 rupii tylko 750! Nadal to duzo mniej niz w Polsce ale jednak czlowiek sie wscieka, ze jest oszukiwany. Weszlismy do srodka na godzine przed koncertem - o 20.30. O 22 zaczelismy sie denerwowac. Puszczali muzyke, starali sie robic cos, zeby ludzie sie nie wsciekali, wiec nawet kelnerzy zaczeli tanczyc do piosenki "YMCA". Ale i tak nie podobalo mi sie to wcale a wcale. Tlum ludzi, wszyscy sie przeciskaja. Przed nami skakalo rozbawione towarzystwo. Juz mialam ochote wyjsc i dluzej nie czekac. No i w koncu o 22.50 koncert sie zaczal. Nie spodobalo mi sie to, ze nie bylo slowa przeprosin ani nic. No ale sie zaczelo. I bylo... NIESAMOWICIE. Warto bylo zaplacic wiecej. Warto bylo sie powsciekac. Warto bylo posciskac sie w tlumie. Ach. No i dla tych ktorzy nie kojarza Wyclefa to ostatnio byl znany z piosenki z Shakira "Hips don't lie" (tak, to ta piosenka co on na poczatku spiewa "Shakira Shakira" co brzmi troche jak "siekiera siekiera") i "milion voices" z filmu "Hotel Ruanda" (jesli ktos nadal nie obejrzal - szczerze polecam). &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;a href="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/Wyclef-782923.jpg"&gt;&lt;img alt="" src="http://arre-bombay.nomadlife.org/uploaded_images/Wyclef-782918.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Facet mial niesamowity kontakt z publicznoscia. Kilka razy schodzil ze sceny (w tym tez na barkach swojego wieeeelkiego ochroniarza), dwa razy wzial ze 20 osob na scene, zeby mu towarzyszyli, raz dwojke dzieciakow, ktore tam byly, zeby zaspiewaly razem z nim. Raz podszedl do dziewczyny i zaczal sie jej wypytywac jak powiedziec cos w Hindi. Caly czas szalal i skakal i w ogole. A moj ulubiony numer z tego koncertu to wtedy kiedy wypatrzyl kogos palacego na widowni i powiedzial "o nie! ktos tu pali! i to na moim show! zapraszam pana do mnie. zaraz pana oducze palic!". Na scene wszedl lekko grubszy pan a Wyclef kazal mu powtarzac wszystkie ruchy. I stalo sie to czego mozna bylo sie spodziewac: pan zmeczyl sie mniej wiecej po pol minuty :) mysle, ze przynajmniej do konca koncertu nie zapalil :) Koncert skonczyl sie po pierwszej. Bylismy wykonczeni, cali mokrzy i szczesliwi. &lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz siedzimy sobie, jemy lody a Arnold gra na gitarze, bo chodzi tu na lekcje grania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka&lt;/div&gt;</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/dzialo-sie.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-8890253933517138462</guid><pubDate>Wed, 16 Apr 2008 08:30:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-16T01:34:54.040-07:00</atom:updated><title>A co u Was?</title><description>Kochani, staram sie pisac jak najczesciej. I wiem, ze od czasu do czasu tu wchodzicie i czytacie. I teraz sie zastanawiamy z Mackiem co u Was slychac? Cos nowego sie wydarzylo? Ja tu jestem juz ponad trzy tygodnie, Maciek ponad dwa miesiace i z checia poczytamy sobie maile od Was :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;buziaki i czekamy na wiesci :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/co-u-was.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-4130544815942287793</guid><pubDate>Tue, 15 Apr 2008 10:34:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-15T04:01:05.390-07:00</atom:updated><title>Absurdalny weekend</title><description>W piatek postanowilismy, ze pojedziemy na sobote i niedziele na konferencje komitetu AIESEC w Bombaju. Konferencja odbywala sie 3 godziny pociagiem od Bombaju. Umowieni bylismy z Arjunem na jednej ze stacji kolejowych o 14. Wyszlismy z domu troche za pozno, ale zlapalismy rikszarza co to zrozumial, ze nam sie spieszy i calkiem szybko nam dowiozl. Pod koniec tylko wyszlismy i doszlismy, bo przed sama stacja strasznie sie zakorkowalo - norma. Dotarlismy na stacje jakies 15 minut przed odjazdem pociagu, znalezlismy Amy i Mindo, ktorzy powiedzieli, ze AIESECowcy kupuja nam bilety i ze zaraz wsiadamy. Przy okazji AIESECowcy nas zobaczyli, wiec sie do nas przylaczyli. Pociag byl juz prawie calkiem zapchany (rowniez norma), na miejsca siedzace szans nie bylo, ale zaczelismy juz wsiadac, zeby zajac jakies bardziej wygodne miejsca stojace ;) a tu nagle AIESECowcy mowia, zebysmy wysiedli i w ogole. Jakas taka wrzawa. Ja to pomyslalam, ze to zly pociag... no wiec wysiedlismy. A okazalo sie, ze oni wymyslili, ze pociag jest za bardzo zapchany, wiec pojedziemy na inny, ktory odjezdza z innej stacji. Gdybysmy wiedzieli, ze tak bedzie to sami bysmy kupili sobie bilety i sami pojechali... A tak to zanim dojechalismy na druga stacje minelo 1,5 godziny i caly czas albo chodzilismy albo stalismy w strasznym tloku. A jak wsiedlismy w pociag, ktory jechal na miejsce konferencji to okazalo sie, ze tam tez nie ma miejsce. Skutek byl taki, ze dojechalismy prawie dwie godziny pozniej niz to bylo zaplanowane a roznicy miedzy pociagami praktycznie nie bylo... ech. Trudno. Nastepnym razem zapytamy sie tylko gdzie mamy dojechac i sami sobie poradzimy. Nie wiem jak to jest, ale na codzien AIESECowcy tutaj nie za bardzo sie nami interesuja a tu nagle chcieli nas wziac pod swoja opieke i w ogole... I z tego co zauwazylam to praktykanci radza sobie duzo lepiej niz oni w sprawach takich jak na przyklad jezdzenie kolejka. Moze sie to wydawac smieszne, ale tak jest. A jezdzenie kolejka w Bombaju to nie taka prosta sprawa - uwierzcie mi. Ten kto potrafi bez problemow poruszac sie po Bombaju poradzi sobie wszedzie :)&lt;br /&gt;No ale wrocmy to naszego weekendu. Dojechalismy jak bylo juz ciemno. Maly hotelik, zaraz obok plaza i morze. Niezle... chwile posiedzielismy z  nimi, pobawilismy sie a pozniej wzielismy materace i poszlismy spac na plaze. Plaza szeroka, w oddali widac jakies skaly wystajace nad wode, spadajace gwiazdy. Cudo - normalnie StarView Hotel. Mindo z Mackiem zaczeli zartowac sobie z Zhou Zhou (nie jestem pewna czy tak sie pisze ale czyta sie Dzo dzo) z Chin. Siedzac na plazy ktorys sie go spytal czy u niego w Chinach, tak samo jak w Indiach widac tylko jeden ksiezyc. Bo w Europie widac oba nasze ksiezyce. W tym momencie dolaczyl sie Bez z Maroko i powiedzial, ze u niego tez widac ten drugi, czyli Lunar, ktory jest troche wiekszy niz ten ksiezyc i taki czerwonawy. Wymyslili jeszcze kilka bzdur. Biedy Zhou Zhou byl troche skolowany. Nie uwierzyl oczywiscie, ale chyba na wszelki wypadek po powrocie do domu sprawdzal w internecie jeszcze czy dobrze, ze&lt;br /&gt;nie uwierzyl :)&lt;br /&gt;No wiec tak wieczor z pieknym widokiem i absurdalnymi zartami byl calkiem przyjemny. Budzimy sie rano... i kazdy, ale to kazdy po kolei kto sie budzi pytal "kto zabral morze??". Rzeczywistosc rano okazala sie troche gorsza niz wieczorem... plaza byla strasznie zasmiecona, morze po odplywie bylo jakies pol kilometra przed nami, w miejscu gdzie bylo dzien wczesniej morze bylo bagno, na ktorym przechadzacy Hindusi wydalali z siebie conieco a piekne skaly okazaly sie drzewami rosnacymi na tych bagnach. Spakowalismy sie i poszlismy sobie. Juz nie bede opowiadac o perypetiach z pociagiem powrotym. Powiem tylko, ze z osrodka wyszlismy kolo 12 a w domu bylismy o 20...&lt;br /&gt;Taki byl nasz weekend. Gdyby nie te spadajace gwiazdy i kilka glupich zartow to nie zaliczylabym go do udanych :)&lt;br /&gt;A jesli chodzi o moja praktyke to wczoraj napisalam artykul, dzisiaj go z Mackiem troche poprawilismy i go wyslalam. Teraz pozostaje tylko czekac na odpowiedz. A jak nie to, to cos innego sie wymysli :)</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/absurdalny-weekend.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-7576138322739720313</guid><pubDate>Fri, 11 Apr 2008 14:37:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-11T08:02:05.132-07:00</atom:updated><title>Zycie w Bombaju</title><description>No i tak. Leze sobie wczoraj sobie rano w lozku i slysze pukanie do drzwi. Otwieram a tam Arjun (Hindus, ktory opiekuje sie praktykantami; bardzo fajny, ale czasami bardzo zakrecony) i jakas dziewczyna. No i mowia mi, ze ona zostanie tutaj przez kilka dni. Jest praktykantka z innego miasta, skonczyla juz swoja praktyke i teraz zwiedza sobie Indie. No i ja nie mam nic przeciwko, zeby u nas zostala. Szkoda tylko, ze nikt nas nie uprzedzil. Fike stwierdzila, ze zostanie jeden dzien w domu, zeby sobie odpoczac, wiec zostala ze mna i poopowiadala mi troche o zyciu w innym miescie. I tak. Jak przyleciala to nikt po nia nie wyszedl. Pojechala pod adres, ktory podali jej wczesniej i siedziala pod drzwiami 12 godzin. Pozniej przyszlo kilka osob i powiedzialo jej, ze to tam bedzie mieszkala a jak przyszli inni to jej powiedzieli, ze gdzie indziej i bylo jeszcze wieksze zamieszanie niz u nas. Pokoje duzo mniejsze niz u nas, zero szaf, jeden stol a krzesel dwa razy mniej niz ludzi, zero wyposazenia w kuchni. A jak poszla pod prysznic to byla w szoku, ze mamy ciepla wode. No wiec wynika z tego, ze zycie praktykanta w Bombaju jest wrecz luksusowe, nawet jak sie mieszka w salonie ;)&lt;br /&gt;Poszlismy wczoraj na kocert. Zaplacilismy 300 rupii za osobe. Zespol z Bombaju gral stare utwory rockowe i kiedy zagrali Queen i przerobionego George Michaela to stwierdzilam, ze bylo warto. A za tydzien pojdziemy na koncert Wyclef Jeana! Za 500 rupii od osoby, czyli po mniej wiecej 30 zl. W Polsce taki koncert kosztowalby pewnie jakies 150!&lt;br /&gt;Jak czlowiek jest tutaj to na poczatku to denerwuje go wszystko. Tlumy, przepelniona kolejka, nachalni Hindusi... ale po jakims czas zaczyna sie dostrzegac dobre strony :) szczegolnie jak przyjedzie ktos z innego miasta i poopowiada rozne rozniste przygody :)&lt;br /&gt;A dzisiaj mialam rozmowe kolejna. Mam do zrobienia jakies zadanie do wtorku i do piatku powinno byc wiadomo czy sie udalo. Wiec trzymajcie kciuki. Moze tym razem bedzie dobrze :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/zycie-w-bombaju.aspx</link><author>noreply@blogger.com (J.ustka)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-7596522280724609176</guid><pubDate>Wed, 09 Apr 2008 10:25:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-09T09:44:18.315-07:00</atom:updated><title>Goa</title><description>No wiec tak. Wrocilismy baaardzo wypoczeci i zadowoleni. Ale zacznijmy od poczatku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tamta strone jechalismy autobusem. Przygoda z autobusem zaczela sie jeszcze przed wyjazdem. Bilet kupilismy juz wczesniej. Na bilecie bylo napisane skad odjezdzamy... ale bylo to tak napisane, ze tak naprawde nie bylo wiadomo. Po prostu byl jakis punkt, ktory pewnie przez ludzi mieszkajacych tu jest znany ale co z tego. Zadnego adresu. Ech. No to dzwonie do biura, z ktorego Maciek zamowil bilet i mowie, ze wyjezdzam dzisiaj do Goa o 9.20 i chcialabym wiedziec gdzie ten autobus podjezdza. Rozmowa wygladala tak:&lt;br /&gt;-kiedy wyjazd?&lt;br /&gt;-dzisiaj&lt;br /&gt;-kiedy wyjazd?&lt;br /&gt;-dzisiaj&lt;br /&gt;tak ze trzy razy jeszcze i w koncu pan:&lt;br /&gt;-A! dzisiaj. Dzisiaj wolne miejsca sa tylko o 11.&lt;br /&gt;-Ale ja mam juz bilet. Jade o 9.20. chcialabym wiedziec skad odjezdza autobus.&lt;br /&gt;-o 9.20 nie ma juz miejsc. sa o 11.&lt;br /&gt;-wiem. Ja juz mam bilet.&lt;br /&gt;-ma pani?&lt;br /&gt;-mam.&lt;br /&gt;-na kiedy?&lt;br /&gt;(!!!!!!!!!!!!!!)&lt;br /&gt;Rozmawialam z nim kilka minut. Pan nie znal angielskiego i podejrzewam, ze wylapywal pojedyncze slowka :D w koncu dal mi kogos innego do telefonu. Z tym kims innym przeszlam podobna rozmowe, tylko troche krotsza :) i ten ktos poprosil jeszcze jedna osobe a ona dala mi inny numer. Pod innym numerem musialam chwile poczekac. Pan dobrze wiedzial o co mi chodzi ale ja za cholere nie moglam go zrozumiec :D powiedzialam Mackowi co zrozumialam i zeby on zadzwonil jeszcze sie upewnic, bo ja nie mam zamiaru juz z zadnym hindusem dzisiaj rozmawiac!&lt;br /&gt;Dowiedzielismy sie. Poszlismy. Autobus sie spoznil, ale tylko pol godzinki, wiec nie tak zle jak na Indie.&lt;br /&gt;W autobusie dwa pietra miejsc lezacych. Takie podwojne lozka. Jak jedziesz sam to nigdy nie wiesz z kim bedziesz spac. Straszne! Nasze bylo na samym brzegu. Usiedlismy. Super wygodnie, mozna siedziec, mozna lezec. Torba tez sie zmiesci. Super. Patrzymy a taka pani  po 50tce wdrapuje sie na gore, Maciek na nia spojrzal i mowi "to moze sie zamienimy, dla nas nie ma znaczenia czy musimy wchodzic na gore czy nie". No wiec sie zamienilismy... dobry uczynek :) ale chyba wiecej sie na to nie zdecyduje. Na gorze to mozna bylo tylko lezec... nie radzilabym jechac komus  z klaustrofobia... hindusi to mali sa i przyzwyczajeni do sciku to dla nich roznicy wiekszej nie ma... nastepnym&lt;br /&gt;razem lozko tylko na dole! :)&lt;br /&gt;Autobus spoznil sie jakies 3 godzinki, wiec jechalismy tak 13 godzin.&lt;br /&gt;Przesiedlismy sie do autobusu miejskiego, bo plaza na ktora jechalismy byla jeszcze 40 km dalej.&lt;br /&gt;Dotelepalismy sie strasznie zmeczeni... Ale  wystarczylo jedno spojrzenie na plaze i cale zmeczenie&lt;br /&gt;jak reka odjal. Wynajelismy domek, taka mala chatke praktycznie na plazy. Amy i Mindo mieli&lt;br /&gt;blizej, bo wzieli pierwszy z brzegu domek... a my drugi. Warunki nie jakies luksusowe, ale lozko,&lt;br /&gt;lazienka, dach nad glowa i drzwi z zamkiem byly. Za trzy noce zaplacilismy 800 rupii, czyli jakies&lt;br /&gt;55 zl.&lt;br /&gt;W Goa jest juz po sezonie, wiec plaza byla praktycznie pusta. Krecilo sie troche ludzi, ale jak&lt;br /&gt;porownuje to do tego co sie dzieje na plazy w Ustce to po prostu nie ma porownania. Woda&lt;br /&gt;cieplutka ale strasznie slona, wiec jak chlapnela w oczy to nieprzyjemnie szczypalo. Na plazy&lt;br /&gt;knajpki jedna za druga. Wszystko tanie, oprocz rybek i innych stworzen morskich. Ale i tak sie&lt;br /&gt;skusilismy. Generalnie dni nam uplynely na siedzeniu na plazy, czytaniu ksiazek, piciu piwka,&lt;br /&gt;chowaniem sie przed sloncem, jedzeniu itd&lt;br /&gt;Udalo nam sie nawet spotkac polakow i spedzic z nimi jeden wieczor :)&lt;br /&gt; Co prawda w planie mielismy jeszcze przejechanie sie do starego goa i pozwiedzanie troche,&lt;br /&gt;ale nam sie nie udalo. I chcielismy zobaczyc delfiny. Aga mowila, ze wystarczy przejsc sie na&lt;br /&gt;wyspe, ktora jest bardzo blisko, tylko trzeba poczekac na odplyw, zeby moc tam dojsc...&lt;br /&gt;oczywiscie jak sie wybralismy to byl juz przyplyw i nie udalo nam sie.&lt;br /&gt;Ale przynajmniej mamy pretekst, zeby pojechac tam jeszcze raz. Zdecydowanie to zrobimy :)&lt;br /&gt;Nasi znajomi poszli sobie na impreze "cicho-glosna". Wchodzac na taka impreze dostaje sie&lt;br /&gt;sluchawki i wszyscy bawia sie ze sluchawkami na uszach. Nie przekonuje mnie to w ogole... ale&lt;br /&gt;byli tacy co im sie podobalo... poza tym taka impreza kosztuje 500 rupii za wejscie i jeszcze&lt;br /&gt;500 trzeba dac kaucji na sluchawki. Troszeczke przesada.&lt;br /&gt;Wrocililsmy samolotem. I o dziwo sie nie spoznil. Ani minuty. Slyszalam, ze to niemozliwe, bo&lt;br /&gt;zawsze sa opoznienia... a tu prosze :) udalo sie tak, ze Maciek jeszcze zdazyl na spotkanie do&lt;br /&gt;pracy. :)&lt;br /&gt;No i w sumie tyle :) bylo bardzo ale to bardzo fajnie. Skoro Maciek, ktory nie przepada za&lt;br /&gt;plazowaniem wrocil zadowolony to innym tez na pewno by sie spodobalo. Zachecam :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaraz wrzuce kilka zdjec :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/goa.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-7926340925537812514</guid><pubDate>Fri, 04 Apr 2008 13:18:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-04T07:49:31.542-07:00</atom:updated><title>mieszkaniowy galimatias</title><description>Mieszkaniowy galimatias... No wiec tak. W Sagar City (osiedle na ktorym mieszkamy) w naszym budynku sa trzy mieszkania. Dwa na 6 pietrze i jedno na 15. Wszystkie mieszkania maja trzy pokoje: dwie sypialnie i salon. Zasada jest taka, ze nowe osoby mieszkaja w salonie i jak ktos wraca do domku to ta osoba moze przeniesc sie na jej miejsce w sypialni. W naszym mieszkaniu jest tak: w jednej sypialni Aga (Polska) z Catarina (Brazylia), w drugiej sypialni Arnold (Kenia) i Ryoko (Japonia), salonie my i Takashi (Japonia). Catarina nie bywa zbyt czesto ale narazie nikt sie ni wynosi. W drugim mieszkaniu jest tak: w jednej sypialni Meenal (Nowa Zelandia) i Asha (Kanada), w drugiej sypialni Hoosang (Korea) i George (Ghana) a w salonie Viktoria (Rosja). Na 15 pietrze jest kilka dziewczyn. To jest stan na dzien dzisiejszy.&lt;br /&gt;Galimatias zaczal sie wczoraj: w przyszlym tygodniu wyjezdza Criststal (Kanada) z 15 pietra i Meenal. Asha miala sie przeniesc na 15 pietro na miejsce Cristal. W ten sposob pokoj Meenal i Ashy mogl byc nasz. Do tego przyjezdza kolega Hoosanga na praktyke i wolne miejsce w ich salonie mialo byc dla niego. I wszystko bylo pieknie i cudownie. Wczoraj Hoosang przyszedl do nas zdenerwowany, ze nie ma miejsca dla jego kolegi a to on go namowil i do tego ten kolega ma slaby angielski i musza byc razem. A dlaczego nie ma miejsca? Bo wprowadzaja sie dwie nowe osoby. Pomijam fakt, ze w mieszkaniu, ktore jest gdzie indziej sa dwa wolne miejsca naprawde! A Viktoria stwierdzila, ze ona sie wprowadza do pokoju Meenal i bedzie mieszkala z Asha, bo przeciez Asha stwierdzila, ze jednak nie chce sie przeprowadzac na gore. A na dodatek Mary Ellen tez chce sie przeniesc z 15 pietra na 6... No wiec nie mamy gdzie mieszkac. Znaczy sie mamy jedno pojedyncze lozko w salonie... hmmm...&lt;br /&gt;Ale dzisiaj sie tym nie przejmuje, bo zaraz jedziemy do Goa. Odezwiemy sie po powrocie, czyli we wtorek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;buziaki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/mieszkaniowy-galimatias.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-8546313745065568351</guid><pubDate>Wed, 02 Apr 2008 17:06:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-04-02T10:43:30.449-07:00</atom:updated><title>roznosci</title><description>W ciagu tygodnia nie dzieje sie wiele, dlatego ostatnio nic nie pisalam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na weekend jedziemy do Goa - najpopularniejszego miejsca turystycznego w Indiach. Morze Arabskie, piekne plaze, palmy i dobra zabawa. A to wszystko 500 kilometrow od Bombaju, czyli jak na Indie to rzut beretem :) Wyjezdzamy w piatek wieczorem autobusem, wracamy we wtorek po poludniu samolotem tak, zeby Maciek zdazyl jeszcze na jakies spotkanie. Jesli chodzi o autobus to na bilecie jest napisane "Volvo AC sleeper", wiec brzmi niezle, a jak bedzie naprawde to sie okaze w piatek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj z okazji Prima Aprilis dostalam wiadomosc, ze euro 2012 zostalo nam odebrane. Oczywiscie pierwsze co pomyslalam to to, ze mozna sie bylo tego spodziewac. A w czasie czytania przeslanego do mnie artykulu zrozumialam, ze to zart :) niezly, bo bardzo realny :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiscie chwile po tym, jak uswiadomilam sobie, ze mozna bezkarnie klamac to napisalam kilku osobom, ze wlasnie wbieglo do mnie do domu stado Hindusow, wyjedli cos z lodowki i wybiegli. Najlepsza byla reakcja Macka "No nie! To juz przesada! A co wyjedli?". Ale musze go usprawiedliwic, bo to tez calkiem realne. Szczegolnie jak sie patrzy na naszego malego sasiada, ktory przychodzi do nas codziennie po czekolade. Czasami dostaje. A jak mu mowimy, ze nie mamy to najpierw idzie do kuchni sprawdzic a pozniej jeszcze przyprowadza swoja dwuletnia siostre mowiac "this is my sister, this is my sister" majac nadzieje, ze jak ja zobaczymy to zmiekniemy i mu damy :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i przychodzi jeszce do nas Alan. Nie mamy pojecia skad sie wzial ani po co. Alan ma jakies 14, moze 15 lat. Ma smieszny wasik pod nosem i twierdzi, ze jest ze Stanow. Wydaje mu sie, ze jest strasznie fajny i przebojowy. Potrafi siedziec u nas godzine albo i dluzej a pozniej pojsc do mieszkania na przeciwko. Historie Alana opowiadane nam i innym jakos dziwnie sie nie pokrywaja. Alan mowi tez wieloma jezykami. I tu musze przyznac, ze ma niezla pamiec. Przychodzi i zagadauje cos po Polsku a Maciek odpowiada mu w Hindi. I tak sie ucza nawzajem. Ale to wszystko, co dobre :) wczoraj na przyklad siedzial i czytal swoj slownik niemieckiego. Chcial sie popisac i dal Mackowi do przeczytania to co jest z tylu na odladce. No i Maciek przeczytal, moim zdaniem niezle. Alan z dziwnym usmieszkiem na twarzy pokiwal glowa i powiedzial "Wy tam w Polsce to nie potraficie mowic dobrze po niemiecku". Po czym bardzo dumny z siebie przeczytal tak jak powinno to byc przeczytane. Wyobrazcie sobie hindusa z tym jego takim smiesznym akcentem czytajacego po niemiecku. Ech. Alan. Denerwujacy typek, ale przynajmniej jakas rozrywka jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz z innej beczki. Ostatniej nocy w Warszawie kiedy po raz kolejny obudzily mnie golebie pomyslalam sobie "jak dobrze, przynajmniej ich tam nie bedzie". Ale wiecie co? Nasze golebie w porownaniu z ich golebiami to nic! One bezczelnie wlatuja do domu. Nie mozna miec otwartego okna, bo od razu masz golebia. I to nie jest tak, ze jak wstaniesz i idziesz w jego strone to on sie boi. O nie nie. On sie bawi z Toba w "kto sie bardziej boi - ja czy ty" i bezczelnie sie na Ciebie gapi. Po czym na szczescie wylatuje. Ja oczywiscie mam przed oczyma "Ptaki" za kazdym razem jak wieksza grupka golebi siedzi mi pod oknem. A wieksza grupka golebi siedzi tu codziennie - horror! Tesknie za moimi balkonowymi golebiami :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i z jeszcze innej beczki... Narazie nie poszlismy na zaden casting do Bollywood, ale Mindo juz byl. I wyglada na to, ze cos zagra. Na castingu mial powiedziec przerazonym glosem "Nazywam sie Michael Douglas. Jestem ze Stanow. Jestem tylko dziennikarzem". Ma byc przerazony, bo wlasnie zostal porwany :D Boskie! Zazdroszcze mu! Tez musze zagrac! Tez musze! A Mary Ellen podklada glosy :) na przyklad pod pania od aerobiku "one two three four, one two three four". Niezla zabawa!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobra koncze powoli :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/04/roznosci.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item><item><guid isPermaLink='false'>tag:blogger.com,1999:blog-7195259370358491479.post-4843433155293805852</guid><pubDate>Sun, 30 Mar 2008 12:07:00 +0000</pubDate><atom:updated>2008-03-30T05:36:53.440-07:00</atom:updated><title>Churchgate i wesele</title><description>Churchgate to takie miejsce w Bombaju, ktore rozni sie od innych. Przede wszystkim jest czysto. Moze nie tak jakos super. Ale czysto. Nie ma co chwile porozrzucanych gdzies smieci. Jakos tak przyjemniej. Moze dlatego, ze Churchgate jest jednym z miejsc, gdzie nie moga jezdzic riksze... a moze jako, ze jest to miejsce bardziej uczeszczane przez turystow to staraja sie je sprzatac czesciej niz na przyklad w naszej dzielnicy. Nie wiem. Tam jest jasniej. Ladniej pachnie... poza momentami kiedy z portu skradnie sie do nas zapach ryb... ale tak poza tym to nie smierdzi :) Palmy, morze, dzieciaki grajace w krykieta, poro knajpek, Brama Indii (przez ktora Anglicy opuscili Indie), uniwersytet, parki itd itp. Slowem - sama przyjemnosc.&lt;br /&gt;Od dzielnicy Bandra na poludnie jezdza tylko taksowki, riksze nie moga tam wjezdzac. Nasz kolega, ktory przyjechal tutaj tak raczej sluzbowo mial spotkanie w tamtej okolicy. Stwierdzil, ze nie chce jechac kolejka. No fakt, generalnie zwykle jest wypchana, wiec w godzinach szytu to nie przyjemnosc, szczegolnie kiedy sie nie wie co gdzie i jak. Wzial taksowke, powiedzielismy, ze powinno wyjsc jakies 200 rupii. Mial ze soba 700. Wsiadl i jedzie, jechal ponad godzine i z kazda minuta przerazal sie coraz bardziej, bo licznik lecial jak szalony... 10 rupii, 20, 30... 100... jak doszlo do 600 to zaczal mowic taksowkarzowi, ze ma tylko 700. Widzial dokola riksze a to oznaczalo, ze nie jest jeszcze w polowie drogi... Taksowkarz powiedzial "ok ok" i jechal dalej. No to Konrad stwierdzil, ze jak tak to tak. On ma 700 i wiecej nie zaplaci. Kiedy dojechal na miejsce mial na liczniku nie pamietam ile dokladnie ale jakies 1400 rupii. No a my na dodatek zapomnielismy mu powiedziec, ze przeciez taksowkarze maja takie same liczniki jak rikszarze, wiec jako, ze to jest troche inny standard jazdy to trzeba to pomozyc przez 1,5 :) Taksowkarze maja taka ksiazeczke z przelicznikiem ile trzeba zaplacic. hmmm, na szczescie nie powiedzielismy mu jeszcze tego, ze te liczniki ostatnie zero maja za przecinkiem (ktory oczywiscie w zaden sposob nie jest zaznaczony), wiec sie to zero obcina. A to znaczylo, ze biedny Konrad niepotrzebnie sie stresowal cala droge, bo tam wyszlo nie 1400 a 140 rupii, czyli po przeliczeniu jakies 200. Tak jak mowilismy :) ech, te Indie...&lt;br /&gt;W Churchgate bylismy wczoraj dwa razy. Najpierw rano, bo Maciek prowadzil sesje o szoku kulturowym dla osob, ktore jada na praktyke zagraniczna. Bylo tam 5 osob, ktora wyjezdzaja juz niedlugo do Polski, wiec po skonczeniu siedzielismy tam i odpowiadalismy na przerozne pytania dotyczace Polski :)&lt;br /&gt;Drugi raz wieczorem. Najpierw na piwku z Amy, Mindo i jeszcze jednym praktykantem. A po piwku... wesele!!! Tak, bylismy na weselu. Byly AIESECowiec sie zenil. Jego mlodsza siostra jest teraz w AIESEC i pomysleli, ze fajnie by bylo zaprosic jakichs praktykantow. No wiec poszlismy. Wesele bylo pod golym niebem na sali otoczonej z trzech stron woda. Najpierw "bramkarz" nie chcial nas wpuscic, ale ojciec panny mlodej zobaczyl nas przed wejsciem i wyszedl po nas. Sala ogromna. Na srodku okragle stoly, na koncu ozdobiona scena z fotelami dla pary mlodej, rodzicow i babc. Po bokach taki szwedzki stol - po jednej stronie dania gorace, po drugiej, desery, napoje i... alkohol, co akurat zbyt czesto sie nie zdaza. Do tego wokol krecilo sie sporo kelnerow oferujacych&lt;br /&gt;przystawki. No i DJ. Gral niestety cicho i krotko przez to, ze to bylo na swiezym powietrzu. Na ceremonii slubnej niestety nas nie bylo, ale za to bylismy juz jak para mloda wchodzila na sale. czy wspomnialam juz na ile osob bylo wesele? Wiecie, ja sobie tak myslalam, ze nasze wesele zaplanowane na jakies 100 osob jest duze. A oni mieli takie srednie jak na ich warunki... jedyne 1000 osob... para mloda wiekszosc wieczoru stala, przyjmowala zyczenia od gosci i robila sobie z nimi zdjecia. My chodzilismy sobie w kolko i dobrze sie bawilismy :)&lt;br /&gt;Fajnie, bardzo fajnie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;c.d.n.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J.ustka</description><link>http://arre-bombay.nomadlife.org/2008/03/churchgate-i-wesele.aspx</link><author>noreply@blogger.com (Maciej Starzyk)</author></item></channel></rss>