Wednesday, June 18, 2008

we wtorek (24.06.2008) o godz. 12.30

Maciej Starzyk wejdzie do sali egzaminacyjnej na obrone swojej pracy magisterskiej :) Trzymajcie mocno kciuki :)

Przylatujemy w sobote kolo poludnia. I zostaniemy do poniedzialku (30.06). Cieszymy sie na ten przyjazd. Bardzo sie cieszymy :)

A tutaj ostatnio caly czas zmiany... osobowe. Dwa, trzy razy w tygodniu zegnamy jakas osobe. Nowe osoby przyjezdzaja. Powoli cala ekipa zaczyna sie zmieniac. Z niektorymi zegnamy sie bez wiekszych emocji, ale jak na przyklad wyjezdzal Hoosang czy Mindo z Amy to czulam sie jak na koniec letnich kolonii kiedy bylam mala. Lezka w oku i uczucie, ze nie wiem czy kiedys ich jeszcze zobacze. Moze sie uda, moze nie. I mysli, ze teraz to nie bedzie tu tak samo. No, na pewno nie bedzie tak samo. Mindo jak wyjezdal oddal nam glosniki i powiedzial, ze dostal je od praktykantow, ktorzy wyjezdzali i my jak bedziemy wyjezdzali tez je komus damy mowiac, ze dostalismy je od praktykantow, ktorzy tu kiedys byli. Nikt nie bedzie mial pojecia kim byli Amy i Mindo i cala reszta, ktora tu byla i pokazywala nam jak zyc w Bombaju... no ale nic to. Teraz trzeba nowym osobom pokazac co i jak sie tutaj zalatwia :) Przez ostatnie dwa tygodnie przyjechaly dziewczyny z Wegier, Tunezji i Holandii i chlopaki z Niemiec i Anglii, wiec miedzynarodowo jest caly czas :) A najsilniejsze reprezentacje maja Niemcy:5; Polska:3; Chiny:3; Kanada:3.

W weekend poszlismy pozwiedzac troche Mumbai. Meczet na wodzie, do ktorego idzie sie po takim betonowym falochronie (jak molo w Ustce) i do ktorego maja wstep wszyscy bez wzgelu na plec i wyznanie, co jest calkiem ciekawe. Bylismy w Swiatyni Mahalaxmi, gdzie ludzie skladaja w ofierze slodycze, kwiaty, kokosy. I jak mi o tym powiedziano to myslalm, ze pewnie lezy pare rzeczy wokol posazkow, ale to co zobaczylam bardzo mnie zdziwilo. Weszlismy tam w mniej uczeszczanych godzinach a przede mna bylo jakies 50 osob i kazdy trzymal kosz z ofiarami a bylam w srodku tylo 5 minut. Co chwile ktos przychodzil. Zastanawiam sie tylko co oni z tym wszystkim robia wieczorem, jak juz zamkna wejscie... Oczywiscie trzeba bylo zdjac buty i zostawic je przed wejsciem. Maciek mial w plecaku druga pare i kazali mu je tez zostawic. Wiec to nie jest tylko kwestia wchodzenia na boso, tylko nie wnoszenia obuwia do srodka. Ciekawe, musze sie gdzies o to podpytac. A sama swiatynia jest tak popularna, bo lezy nad samym morzem i wierzy sie, ze to dzieki niej wybrzeze nie jest zalewane. Legenda glosi, ze Brytyjczycy budowali mury, zeby powstrzymac wode, ale kazdy mur byl za slaby i po jakims czasie ustepowal wodzie. Dopiero kiedy wybudowali swiatynie to morze przestalo zalewac lad.
Na tym nasze zwiedzanie sie skonczylo. Nastepnym razem kolejne dwie rzeczy i tak powoli powoli bedziemy znali caaaly Mumbai.

No to koncze. Do zobaczenia juz niedlugo!!

Wednesday, June 11, 2008

No i leje...

Zaczelo sie na dobre. Jakis tydzien temu spadl deszcze wieczorem i myslelismy, ze znowu popada w nocy i przestanie na nastepny dzien. A tu niespodzianka. Od tamtej pory leje z malymi przerwami tylko。Wrzucilam kilka zdjec zebyscie zobaczyli mniej wiecej jak to wszystko wyglada。 Chodzi sie po wielkich kaluzach。 Bez parasola nie radzimy wychodzic。Kolejka czasami nawet nie chodzi,bo tory sa zalane。Narazie nie doswiadczylismy przerwy w dostawie pradu,ale za to w niektorych miejscach systemy siadaja przez deszcze i nie da sie zalatwic spraw zwiazanych z niedzialajaca komorka,czasami nie ma inetrnetu i takie tam。Poza tym jeszcze jakies trzy miesiace deszczow przed nami。
Zaopatrzylismy sie w jakies puszkowane jedzenie,swieczki i dodatkowa wode。Jakby co bedziemy mogli spedzic kilka dni w domu, a slyszelismy ze czasami nie da sie wyjsc na zewnatrz,dostawy nie dzialaja a sklepy sa pozamykane。。。 jeszcze musimy kupic jakies kalosze i bedziemy przygotowani na wszystko。Generalnie to planowalismy to zrobic przed pora monsunowa,ale wszyscy mowili ze mamy jeszcze przynajmniej dwa tygodnie。Mam nadzieje ze jak przylecimy do Polski na te kilka dni to nie zacznie akurat padac。。。
Koncze na dzisiaj。 Jako ze nasz komp sie calkiem zepsul to pozyczylam laptopa od Chinga i nie do konca moge nad nim zapanowac。Co chwile wyskakuja mi chinskie litery i musze pisac niektore slowa kilka razy zeby udalo sie napisac cos bez nich :D
buziaki

Tuesday, June 3, 2008

Mamy internet, wracamy do zycia :)

No i zalozyli nam po tysiacu telefonach i trzech tygodniach czekania. Narazie netu moze uzywac jedna osoba naraz, ale mamy nadzieje, ze to sie niedlugo zmieni :) najwazniejsze ze jest i ze mozemy powoli zaczac odpisywac na listy. Jeszcze musimy sobie sluchawki kupic, zeby moc spokojnie przez skype rozmawiac. No to to juz tylko szczegol jest.

Ostatnio mielismy troche pechowy dzien. Jakis czas temu zamowilismy pizze, ktora przez korki sie spoznila, wiec dostalismy na kolejne zamowienie 50% znizki. Postanowilismy cieszyc sie tym z innymi i zaprosilismy znajomych do nas. Maciek kilka razy dzwonil i sie dowiadywal czy na pewno to bedzie wazne i czy to na cale zamowienie. Oczywiscie odpowiadali, ze tak. No i pechowy wieczor sie zaczal. Najpierw Michelle, dziewczyne z Chin, rikszarz zawiozl gdzies. Pisze gdzies, bo dokladnie nie wiem gdzie. Rikszarz mial ja przywiezc do nad ale zawiozl ja w zle miejsce i powiedzial, ze dalej nie jedzie. Ching pojechal jej szukac i po jakichs 30 minutach znalazl na szczescie. Pozniej jak juz wszyscy byli w domu zamowilismy pizze, taka pizza to niesamowicie dobra odmiana, nawet dla tych, ktorzy lubia indyjskie jedzenie. Maciek zamowil i co sie okazalo? Ze znizka oczywiscie jest wazna, ale na zamowienie do wysokosci 500 rupii, a jako, ze mielismy tu spora grupke to zamowienie wynioslo prawie 3000 rupii. Hmmm, zrezygnowalismy i wyszlismy na poszukiwanie innego miejsca. Kilkanascie bardzo glodnych osob blakalo sie razem z nami po okolicy jakies pol godziny.Kiedy juz zaczynali byc zli w koncu znalazl sie bar, w ktorym byla wystarczajaca ilosc miejsc, zeby nas wszystkich pomiescic. I juz myslelismy, ze pech nas opuscil, ale... i tu mala dygresja. W Bombaju jest mnostwo bezpanskich psow, rowniez na naszym osiedlu. Sa brudne, zaniedbane, nigdy nie szczepione, ale niegrozne. Leza sobie spokojnie, czasami warkna, ale generalnie sa bardzo mile i nic nie robia. Koniec dygresji, wracam do opowiesci. Po kolacji wracalismy do domku na skroty. Na drodze lezalo jakies 5 psow obok siebie. Zaczely warczec, ale spokojnie przechodzilismy. W poblizu stala tez grupka mlodych hindusow. Chcieli nam pomoc, wiec zaczeli rozganiac psy i ktorys z nich kopnal jednego psa. I to byl blad, bo pies postanowil sie zemscic i ugryzl Chinga w noge. Generalnie wieczor skonczyl sie o 2 w nocy wizyta w szpitalu. Ching dostal serie zastrzykow i nic mu nie bedzie. Ale najedlismy sie troche strachu...

Co jeszcze? Asha sie w koncu wprowadzila. Dostalismy reszte mebli. Zycie w budybku Silver Jade zaczyna nabierac normalnych ksztaltow. Asha co prawda za jakies cztery tygodnie wyjezdza do domu na trzy miesiace, ale akurat na ten okres przyjezdza na praktyke jakas dziewczyna z Anglii, wiec spoko.

Ach, no i jeszcze ze spraw technicznych:) nasz komputer oszalal i zachowuje sie tak jakby nie mial baterii. Wystarczy skok napiecia (dosc popularny w Indiach) i komputer jest wylaczony... no ale nic to. Korzystam z laptopa Melon a Maciek wzial naszego, zeby technicy w jego pracy rzucili na niego okiem.

Hmm, no i za trzy tygodnie bedziemy w Polsce. Bardzo sie ciesze. Ale to baaardzo. Dobrze bedzie chociaz przez tydzien pozyc normalnie :) Nie to, zebym jakos specjalnie narzekala. Po prostu milo bedzie (a raczej CUDOWNIE) byc na chwile w domu :)

No to koncze. Jako, ze mamy net bede czesciej teraz pisac. Buziaki ogromne dla Was wszystkich.
c.d.n.

J.ustka