Wednesday, May 28, 2008

Nasza winda gra Lambade

Brzmi smiesznie, ale to prawda. W bloku, w którym zamieszkalismy niedawno jest winda, która gra Lambade. To taki zabieg, zeby nie zapomniec jej zamknac. Na poczatku nas smieszyla, pozniej strasznie denerwowala a teraz sie przyzwyczailismy i praktycznie jej nie slyszymy. Tylko od czasu do czasu w domu ktos nuci pod nosem ta melodie.
MIESZKANIE
Mieszkamy na 4 pietrze w 3-pokojowym mieszkaniu. Na wejsciu jest salon, ktory rozdzielilismy zaslona, zeby Ching mial troche swojej wlasnej przestrzeni. Pozniej jest kuchnia, z ktorej przechodzi sie do dwoch sypialni i lazienki. Z wiekeszej sypialni przechodzi sie do drugiej lazienki. I tak jak normalnie uwazam, ze przechodnia kuchnia nie jest najlepszym rozwiazaniem to ta mi sie nawet podoba J Mieszkanie jest swiezo odremontowane. Jak sie wprowadzilismy to jeszcze przez jakis tydzien z kawalkiem przychodzili robotnicy, zeby cos poprawiac, montowac i takie tam. Kilka dni temu dostalismy szafe J Szafy sa tutaj calkiem ciekawe. Na poczatku myslalam, ze sie nie przyzwyczaje, ale jakos sie przemoglam. Generalnie szafy sa... pancerne. Nie, nie musicie przecierac oczu – dobrze przeczytaliscie: pancerne. Duze, metalowe, z kluczami i specjalna skrytka w srodku. Szafa wyglada jak taka co trzyma sie w niej wazne dokumenty, ale ma polki i miejsce na wieszaki. Jedno mozna powiedziec na pewno – monsun jej nie zmyje J No chyba, ze bedzie taki jak dwa lata temu i bedziemy ja trzymac na dworzu, ale raczej wolimy ja trzymac w naszym pokoju, wiec spokojnie, nic sie nie stanie.
Generalnie jestesmy zadowoleni. Mamy swoj maly pokoik, w ktorym jest cholernie goraco rano, ale oprocz tego jest bardzo przyjemny i przytulny. Mary Ellen mieszka w wiekszym pokoju z Asha, ktora sie jeszcze nie wprowadzila nie mamy pojeca dlaczego... No i Ching mieszka w salonie. Ekipa niezla, tesknie troche za stara, ale coz... musimy sie przyzwyczaic do tego, ze tutaj co chwile cos sie zmienia. Jedni przyjezdzaja, drudzy wyjezdzaja, inni sie przeprowadzaja itd.
SASIEDZI
Sasiedzi sa bardzo mili. Dzieciaki mowia do nas wszystkich per ciociu i wujku. To mniej wiecej tak jak u nas sie mowi per pan, pani. Oczywiscie wszyscy wiedza kim jestesmy, skad jestesmy, jak mamy na imie. Czasami slyszymy „Hi Maciek” od osob, ktore widzimy pierwszy raz na oczy J mojego imienia narazie nie moga zapamietac, corki sasiadow pytaly sie juz kilka razy i juz zaczely przepraszac, ze nie pamietaja. No mi to wcale nie przeszkadza, moze przeszkadzaloby mi gdybym ja zapamietala ich imiona, a tak to jestesmy w podobnej sytuacji J Kilka dziewczynek zapamietalo moje imie i sa bardzo z tego dumne. Skutek jest taki, ze nie sa sie wyjsc z domu nie slyszac gdzies swojego imienia. Ogolnie sasiedzi usmiechaja sie do nas, wlasciciel mieszkania wpada czasami z jakims, zeby nam go przedstawic i takie tam. Czujemy sie tu znacznie bardziej komfortowo. Przyjemnie jest wiedziec, ze sasiedzi akceptuja nas, bo nie wszedzie tak jest.
INTERNET
Internetu nadal nie mamy. Maciek sie juz troche wkurza. Gdzie przez troche rozumiem z dnia na dzien coraz bardziej. I trudno mu sie nie dziwic. Po pierwsze zeby miec internet trzeba wypelnic formularz... przez internet J no dobra, zrobil to w pracy. Pozniej sie czeka na zaakceptowanie. Za pierwszym razem odrzucono prosbe mowiac, ze w tej okolicy nie obsluguja a my bardzo dobrze wiemy, ze w dwoch biurach na dole w naszym budynku jest internet... okazalo sie, ze cos z kodem bylo zle wpisane. Ale wiecie co? Nie mozna tego przeprawic tylko trzeba wypelniac wszystko od nowa i czekac na nowa decyzje. Pozniej to nie oni dzwonia czy pisza czy cokolwiek, trzeba do nich dzwonic kilka razy i sie dowiadywac. Juz nie bede przytaczac rozmow, ktore Maciek z nimi przebyl. Powiem tylko, ze byly lekko absurdalne i kiedy znowu po kilku dniach zadzwonil powiedzieli mu, ze prosba jednak jest odrzucona ale nie potrafia powiedziec dlaczego i nie moga przelaczyc do osoby, ktora ta decyzje podjela. Znowu cos mowili o tym, ze tego rejonu nie obsluguja. Ha! No wiec zrezygnowal z zalatwiania tej sprawy sam i poprosil mnie, zebym zeszla do wlasciciela naszego mieszkania i poprosila go o pomoc w tej sprawie: jakis kontakt, moze zeby on zalozyl na siebie internet. I co? Schodzac na dol natknelam sie na kolesia roznoszacego ulotki zgadnijcie ktorej firmy i co oferujace :D ech. Jeden wielki absurd. Suma sumarum internet bedziemy mieli za kilka dni, ale i tak z pomoca Vitrusa (wlasciciel mieszkania), bo od nas jako, ze jestesmy obcokrajowcami wymagaja stosu dokumentow. No niewazne. Kolejne starcie za nami. Juz niedlugo bede mogla odpisac na wszystkie maile J
A to co teraz czytacie napisalam w domu i wysylam z kawiarenki. Nie lubie spedzac tu za duzo czasu, bo miejsca przy kompie jest tyle, ze ledwo sie mieszcze, monitor mam jakies 15 cm przez twarza a klawiature tuz przy sobie, no i jeszcze krzeslo z jednej strony stoi wyzej niz z drugiej. Musze przyznac, ze nie jest to najwygodniejszy sposob spedzania czasu.
KONCERT
W sobote poszlismy na koncert. Dowiedzielismy sie o nim dzien wczesniej. Do Bombaju przyjechal kwartet smyczkowy z Polski. Po znajomosci dostalismy wejsciowki. Wystroilismy sie, na wejsciu jakis starszy pan (Hindus), ktory wchodzil przed nami odwrocil sie i powiedzial „dobry wieczor”, weszlismy a tam... spokoj, chlodno, ale nie zimno i piekna muzyka. Jak nie Indie. Poczulam sie cudownie, taka oaza spokoju J raz na jakis czas jest to naprawde bardzo potrzebne. Takie doladowanie baterii, zeby miec sile do walki , o przepraszam, do zycia tutaj J
A.J.
To chlopak Melon (Mary Ellen). Hindus z Goa. Ma trzech braci i dwie siostry. Razem prowadza interes. Salon tatuazu i kolczykowania sie w roznych miejscach. Z tego co wiem to sa bardzo znani w Indiach. Maja 4 sklepy w Bombaju i dwa w innych miastach i ponoc jeszcze jeden w Bangkoku. Tlumy ludzi przychodza do nich codziennie. Sama bylam swiadkiem. Generalnie cale rodzenstwo jest bardzo sympatyczne. Najmlodszy ma dluuugie dredy w roznych kolorach i wyglada chyba najlepiej ze wszystkich. Chlopak Melon jest dosc nietypowym widokiem. Chlopaki wychodza z zalozenia, ze powinni byc reklama swojego biznesu. A.J. reklamuje ta czesc kolczykowa. Ma trzy kolczyki w nosie, nie wiem ile w uszach, w jezyku, nawet gdzies na dziasle (jak sie usmiecha to tak zwisa mu akurat na zebach) i nie chce wiedziec gdzie jeszcze. I nie mam nic przeciwko tatuazom i kolczykom, ale jesli nie jest to przesadzone... ech. No, ale chlopaki maja powodzenie i ciesza sie z tego co robia a to chyba najwazniejsze jest. A wiecie co jest najfajniejsze w tej rodzince? Ich mama. Ich mama siedzi w jednym ze sklepow i zarzadza wszystkimi papierami i kasa. Wyglada jak taka typowa starsza babka tutaj. Kolorowe sari, szare wlosy, sporo zlota, kropka na czole, mily usmiech. Jakby sie ja spotkalo na ulicy to w zyciu by czlowiek nie pomyslal, ze ta kobitka urodzila zgraje wariatow i do tego pracuje razem z nimi.

Ogólnie to wszystko gra. Pozegnalismy Amy i Mindo. Troche nam smutno, bo zdazylismy sie z nimi zzyc. Ale Amy przeprowadza sie za kilka miesiecy na Litwe, wiec pewnie znajdziemy jeszcze okazje do spotkania sie. Poza tym zaprosilismy ich na slub i mamy nadzieje, ze przyjada to wtedy ich poznacie. To ja koncze na dzisiaj. Justka.

c.d.n.

Sunday, May 18, 2008

Spadl cieply deszcz

Wczoraj mielismy pojechac wieczorem na piwko do seaview hotel. To zaraz obok wejscia na juhu beach. Swietne miejsce bo polozone na wyniesionym tarasie ogrodzonym murem. Jak sie siedzi, to widac moze i nie widac zasmieconej plazy, wiec jest naprawde przyjemnie. No i nikt nie podchodzi i nie zaczepia. Ja zgodnie z maksyma Mindo 'skoro ze mnie sobie robia jaja to ja tez z nich kpil bede', jak do mnie podchodza faceci i mowia 'Masage Masage?' to ich pytam 'Do you give a Gand Masage?'. Jedni wtedy otwieraja usta w zdziwieniu, inni zaczynaja sie smiac, poniewaz Gand w hindi znaczy dokladnie to samo, co d*** po Polsku. :D.
Tym razem niestety droga do Juhu beach byla zakorkowana i Justynka spedzila de facto 2h w rikszy bo jak przyjechalismy to sie okazalo ze trzeba wracac, bo Page musiala wrocic na lotnisko.
Wrocilismy do domu i zgodnie z umowa mialo byc u nas 'gotowanie'. O tym ze bedzie u nas dowiedzielismy sie w sumie tego samego dnia wiec nic nie mielismy. Natomiast organizatorzy przyszli i o ile co po niektorzy mieli cos gotowego, o tyle pierwsze co zrobili, to zajrzeli do naszej lodowki zeby zobaczyc co sie da upichcic. Troche to bylo irytujace, ale stwierdzilem ze nie ma sie co przejmowac: moze po prostu roznimy sie troche wiekiem i mamy do niektorych spraw inne podejscie. Tak wlasciwie to tylko kilka lat (powiedzmy ze do pieciu), ale zdecydowanie jestesmy znacznie bardziej poukladani.
Przeprowadzila sie do nas mellon i brakuje juz tylko Ashy! Nasz dom nabiera pelnych ksztaltow i z kazdym dniem czuje sie w nim coraz lepiej. Sasiadow tez mamy wporzasiu i staram sie z nimi rozmawiac jak najwiecej, bo jak nas troche poznaja, to sie nie beda nas bac. To tak zwykle dziala ze jak cos jest troche inne i sie tego nie zna i nie rozumie to sie czlowiek moze nieco bac.
Pozna noca, po polnocy, zerwal sie nagle ostry deszcz. To pierwszy raz kiedy widzialem deszcz w tym kraju. To tez pierwszy deszcz w Bombaju w tym roku. Wokol rozniosl sie zapach mokrej ziemi a we wszystkich oknach pojawili sie ludzie, szczegolnie duzo dzieci.Deszcz padal przez 10 minut i pozniej przeszedl. To dopiero sam poczatek, za kilka tygodni rozpada sie juz na dobre, i bedzie padac i padac ... i padac. A pozniej wszystko zakwitnie i znowu wyschnie.

Wednesday, May 14, 2008

Na wschodzie bez zmian

No u nas tutaj porzoga troche... W chinach bylo trzesienie ziemi, ponoc 20tys ludzi zginelo. W sumie to na razie tylko szacunki wiec moze byc i wiecej. W birmie wielka fala sie przelala przez brzeg czy tez cyklon byl jakis wielki i zginelo chyba z 80000 osob. Koszmar.
Dla odmiany w Jaipurze byl atak bombowy i tak, jak w Indiach ataki bombowe sa sporadyczne, tak tym razem 9 bomb wybuchlo na Johari Bazaar i zabilo 80 osob. Wszyscy sie pukaja w glowe, jak sie okaze ze to muzulmanie za tym stoja to sie skonczy tak jak zwykle: hinduisci sie zorganizuja i pojda tluc muzulmanow i gwalcic muzulmanki. Odpowiedzialnosc zbiorowa, wsparta tym ze hinduistyczne rodziny (biedniejsze) wychowuja dzieci w stosunkowo duzej nienawisci wobec muzulmanow. Tym razem amerykanie obiecali pomoc zrobic dochodzenie. No i najlepsze jest to, ze nie trudno tu wylapac zboczencow co podkladaja te bomby, bo przeciez jest zawsze 1000 swiadkow kazdego wydarzenia. Tak samo trudno jak i latwo sie schowac w tlumie. Wszystko chyba zalezy od szczescia.

Na szczescie w Bombaju cisza i spokoj, Siedze sobie w klimatyzowanym biurze i dzwonie do znajomych ktorzy jezdza po kraju zebys sie dowiedziec czy wszystko ok. No i Wszystko w sumie ok, na szczescie.

Przeprowadzilismy sie do nowego mieszkania. Kroczek po kroczku Wszystko sie w nim pojawia, dzis ma byc lodowka. Zastanawiam sie czasem nad tym, jak to jest ze ja sie przejmuje lodowka... jak przyjdzie powodz to i tak wszystko zmyje... no, moze przynajmniej na szczescie mieszkamy na 4 pietrze wiec nie bedzie zle.

Saturday, May 10, 2008

Przeprowadzka!!!

I to juz jutro :)

W koncu udalo nam sie dopiac prawie wszystko do konca i sie przeprowadzamy. Arjun sie stara, reszta nadal przeszkadza, ale jakos dalismy rade przeforsowac nasz pomysl :) no wiec pakujemy sie :)
Mieszkanie jest mniejsze i troche drozsze, ale... bedziemy mieli swoj pokoj a mieszkanie jest niecaly kilometr od pracy Macka (no i moze mojej juz niedlugo, ale narazie nic nie mowie, zeby nie zapeszyc, wiec nie dopytujcie, na pewno sie dowiecie :)). Troche smutno opuszczac to miejsce, bo jednak tu jest najwieksze skupisko praktykantow, ale jest sporo punktów za takim rozwiazaniem:
- ludzie z jednego z trzech mieszkan tutaj beda musieli sie wyniesc w przyszlym miesiacu, bo wlasciciel podniosl kwote wynajmu, wiec i tak pod koniec miesiaca bedzie zamieszanie
- bedziemy mieli swoj pokoj; juz sie przyzwyczailismy do spania na podwojnym materacu, ktory lezy na pojedynczym lozku i do tego, ze co wieczor siedzi to zgraja ludzi i nie zawsze mozna sie wyspac, ale jednak lepiej miec swoj kont, w ktorym od czasu do czasu mozna sie zamknac
- odleglosc do pracy jest kilka razy mniejsza, zamiast 70 rupii dziennie Maciek bedzie wydawal 10 i do tego bedzie mogl byc w domu w 10 minut :)
- tam jest cicho i w przeciwienstwie do tego budynku nie bedzie slychac piec razy dziennie dziwnych modlow, nikomu nie ublizajac oczywiscie (swoja droga przyznam, ze troche mnie denerwuje nachalnosc muzulmanow z ich religia i wystawianiem glosnikow tak, zeby bylo ich slychac w odleglosci kilometra; szczegolnie uciazliwe to jest kiedy mieszka sie miedzy piecioma meczetami...)
- duzo mniej slumsow; slumsy sa wszedzie a tutaj jest jakies ich spore skupisko. W zasadzie to juz sie do nich przyzwyczailismy, ale niestety ostatnio daja sie nam ze wznaki. Stalismy sie swojego rodzaju atrakcja, lobuzy juz sie przyzwyczaily do widoku białych i zaczynaja troche inaczej sie zachowywac. To juz nie tylko stanie pod oknem i gapienie sie na wszystko co sie robi, to juz nie tylko jakies docinki w ich jezyku, ostatnio znalezli sobie rozrywke i rzucaja w nas kamieniami... no nie dzieje sie to tak caly czas, ale juz i Maciek, i Daniel oberwal (lekko, narazie to sa male kamyczki, ale co bedzie w przyszlosci to nie wiem), kolo mnie ostatnio tez kamyczek przelecial, ile przelecialo niezauwazonych wole nawet nie myslec... zdaje sobie sprawe z tego, ze sposrod tych wszystkich ludzi tylko kilkoro jest niemilych (reszta podchodzi i pyta sie o imie, skad jestesmy, usmiechaja sie, jest to znacznie przyjemniejsze trzeba przyznac), ale po co byc w miejscu gdzie jest wieksze pradopodobienstwo tego, ze spotka Cie cos nieprzyjemnego...
- czy mowilam juz o pokoju? :D
To takie glowne plusy. Minusem jest to, ze jest drozej (choc czesc z tego zwroci sie na mniejszej oplacie za dojazdy do pracy). No i to, ze tutaj zostaje na przyklad Aga.
Ach. No i oczywiscie jak na Indie przystalo nie wiemy kiedy bedziemy mieli tam lozko, szafe, pralke czy lodowke. Podobno szybko. Ale Ci z 603 tutaj czekaja na lodowke od trzech tygodni ponad i wszystko trzymaja w naszej. Hmm, w sumie teraz pomyslalam, ze nie dostali tej lodowki, bo AIESECowcy juz wiedzieli, ze trzeba bedzie ich wszystkich przeniesc. No nic to. Materac dmuchany jakby co mamy. A jak juz sie tam przeniesiemy to bedziemy walczyc o reszte!! :D

A wczoraj bylismy na bardzo sympatycznej kolacji. Marek, ten polak, ktorego Maciek poznal na AIKIDO powiedzial, ze jest tutaj jeszcze taka Kasia, dal nam do niej kontakt i sie w nia umowilismy. Mieszka w Indiach od trzech lat, zaczelo sie od zwyklej podrozy :) teraz mieszka ze swoim chlopakiem. On jest z Bombaju, razem z bratem prowadza maly ale nawet dochodowy interes i jest przesympatyczny :):) Ona jest instruktorka jogi i prowadzi lekcje u siebie w domu i w szpitalu dla kobiet w ciazy. Mieszkaja tuz przy plazy, otwieraja okno i moga nacieszyc sie widokiem, czystym powietrzem i przecudownym szumem. Ach, mieszka z nimi jeszcze Jazz - ich pies. Jak go zobaczylam to sie przerazilam. Jak wszedl do domu to pierwsze co zrobil to chwycil mojego buta a ja balam sie mu go odebrac, bo z rodwailerami lepiej nie zadzierac. Ale wiecie co? To taki rodwailer pierdola! Po prostu boski. Oddal buta bez mrukniecia zadnego. Pomylil go ze swoja koscia, ktora sie zawsze chwali po prostu. Pozniej lezal sobie spokojnie. Czasami podchodzil, zeby polizac swoja pania, czasami sobie chrapnal rozkosznie lezac kolo nas. I ten pierdolowaty wzrok! No boski psiak. No i do tego zna rozumie wiecej po polsku niz po angielsku czy w hindi :) Mily wieczor, bardzo mily nawet.

A na koniec zalaczam Wam dwa zdjecia. Na jednym widac okolice w ktorej bedziemy mieszkac, na drugim - ta, w ktorej mieszkamy :)

c.d.n.

J.ustka









Monday, May 5, 2008

Zycie w Bombaju czesc 2 - koszty

Jako, ze niektorzy z Was pytaja sie mnie jakie sa koszty zycia w Bombaju to napisze conieco na ten temat. Przy czym jeszcze raz przypomne: Bombaj jest najdrozszy w Indiach.
A wiec tak. Bede podawac wszystko w Rupiach. Jeszcze niedawno 100 rupii kosztowalo 6,7 zl, teraz kosztuje 5,45. 
Czyli jak to co podam podzielicie sobie przez 18 to bedziecie wiedziec ile mniej wiecej w zlotowkach wydajemy.

Mieszkanie praktykantow miesiecznie = 4-5 tysiecy/os. w zaleznosci od tego gdzie mieszkaja.

Rachunek za prad = 1,5-2 tysiecy.

Woda mineralna 20 litrow = 150. Zamawiamy mniej wiecej 2 baniaki na tydzien.

Pani, ktora u nas troszeczke sprzata = 500 za miesiac

(prad, woda, sprzatanie to koszty, ktore dzielimy przez liczbe mieszkancow, czyli 6)

Nie mam pojecia ile placimy za internet... ale sie dowiem :)

Bilet miesieczny na kolejke, 1 klasa = 460

Kilogram pomidorow, ogorkow itp = 20

Ryz = 20-30

Jajko = 2

Bulka = 1

Chleb tostowy = 25

Arbuz = 50/szt

Mango = 15-25/szt

Ser zolty = 60-70/10 plasterkow

Paneer (tutejszy bialy ser) = 180/kg

Piwo 0,6 = 40-70

Obiad zamawiany = 50-100

Riksza = mniej wiecej 10/km

Sok litrowy = 85-100 (niestety drogo), czasami mozna w promocji kupic dwa za jeden

Napój gazowany=50/2l

Z lepszych ciuchow np. koszula = 600

Ze zwyklych np. koszulka, spodnie letnie = 100


Jesli interesuje Was cos konkretnie to dajcie znac a napisze ile to kosztuje.

Dziekuje bardzo za uwage.

c.d.n.

J.ustka

Sunday, May 4, 2008

Po kilkudniowej przerwie nadajemy ponownie :)

A wiec tak. Kilka ostatnich dni bylo calkiem przyjemnych i zabawnych, no wykluczajac male zatrucie...
W srode, jako ze czwartek wolny i mozna sie wyspac, mielismy imprezke. Zamysl byl taki: najlepsze wina i ssery Indii :) oczywiscie wino bylo najtansze jakie znamy, ser kupiony gdzies w supermarkecie tez za niewielkie pieniadze. Kazdy wchodzac na impreze dawal 100 Rupii, wiec stratni na tym nie bylismy. Wino mimo, ze najtansze to calkiem niezle. Bylam pewna, ze za ta cene w Indiach dostaniemy jakiegos lokalnego "Byka" albo inna "Arizone", na szczescie milo sie zaskoczylam. Odkrylismy taki lokal, w ktorym jest wloskie (a raczej hindu-wloskie, ze wzgledu na przyprawy) jedzenie i sporo wina, bo lokal sponsoruje jakas winiarnia. W Indiach nie mozna reklamowac alkoholu, wiec mysle, ze calkiem niezly sposob wynalezli, zeby sie wypromowac. Lokal nazywa sie Ivy i jak bierze sie winko na miejscu to cena za butelke waha sie od 150 do 2000 Rupii + podatek oczywiscie. Jak kupuje sie do domku to najtansze winko kosztuje 130 (juz z podatkiem) = uciecha dla studentow :) A ser... hmmm ser byl cudowny, prawdopodobnie jeden z gorszych jakie mozna dostac w Polsce, ale porownujac do tych tutaj byl przecudowny. Nie wiem jak to mozliwe, bo pija tu duzo mleka, maja przerozne przetwory mleczne a nie mozna dostac normalnego dobrego zoltego sera. W zyciu bym nie pomyslala, ze bedzie mi go kiedys brakowalo. A wracajac do wieczoru. Przyszlo jakies 20-25 osob i to w miare o czasie :) Bardzo sympatycznie :) no i do tego jeszcze tort z napisem "Happy Birthday Justina" w ktoryms momencie wwedrowal do pokoju, wiec bardzo sie ucieszylam. To nie miala byc impreza urodzinowa, ale w taka sie przerodzila. Oczywiscie wiedzialam co sie swieci, bo tym razem nikt nie byl za specjalnie sybtelny :) heh, nie tak jak wtedy kiedy pod moim balkonem zobaczylam grono znajomych wokol ogromnego plakatu, albo jak innym razem z 25 osob schowalo sie w bardzo malej lazience (nie wiem jakim cudem), albo jak Maciek zawiazal mi oczy i wywiozl mnie... do mojego mieszkania :D no wiec tym razem nie bylo niespodzianki ale i tak znowu bylo niepowtarzalnie :) Nom, wieczor skonczyl sie kolo 4 czy 5 nad ranem. W miedzyczasie poszlismy do klubu, w ktorym muzyka byla niezla, ale niestety DJ caly czas cos gadal. Bez przerwy. I do tego na scianie byl wlaczony ogromny telewizor. Wiec wygladalo to tak, ze panowie ogladali mecz udajac, ze tancza a panie probowaly tanczyc w przerwach gadania DJa. Smiesznie.
Jako, ze sroda skonczyla sie dosc pozno, to czwartek zaczal sie jakos pozniejszym popoludniem. No wiec niestety nici z planow pojechania na Elefante (wyspe niedaleko Bombaju). W wieczorkiem usiedlismy sobie i przy malym drinku gralismy w Jenge (a wlasnie! Dostalam Jenge na urodziny). Jenga to gra towarzyska, uklada sie z klockow wieze a pozniej wyjmuje sie pojedynczo klocki z dolu i uklada na gorze. Ten, przy ktorym wieza sie rozpadnie - przegrywa. No gra bombowa!! :)
Na nastepny dzien Maciek lecial do Delhi. Przygotowywal ze swoim szefem jakies warsztaty i polecial, zeby z nim je poprowadzic. Mowi, ze bylo baaaaardzo fajnie i ze bardzo mu sie podobolo. Praca przypominajaca bardzo prace AIESECowa. Lecial z samego rana i wracal tego samego dnia wieczorem. Samolot na trasie Mumbai-Delhi, ktory powinien leciec dwie godziny oczywiscie lecial prawie trzy. Ech. Indian Time.
Weekend milaj jakos szybko. W sobote przed poludniem mialam casting, wiec znowu nie pojechalismy ne Elefante. Casting mial byc do reklamy banku, ale okazalo sie, ze jest do filmiku firmy jubilerskiej. Nie do reklamy, ktora bedzie gdzies pokazywana, tylko do filmiku, ktory jest pokazywany klineton. Trzeba bylo zalozyc na siebie duuuuuzo roznej bizuterii i ja poczuc :D glaskac, przygladac sie, wyobrazic sobie, ze sie przeglada w lustrze i takie tam. Tuz po mnie przyszla jakas modelka, wiec szans nie mam, ale kolejne doswiadczenie mam za soba :)
No i jeszcze ogladamy mieszkania. Szukanie mieszkania w Bombaju jest duzo trudniejsze niz w Warszawie. Po pierwsze nie ma czegos takiego jak wynajem bezposredni, tylko przez brokera. Po drugie zawsze mowia co innego niz jest w rzeczywistosci. Po trzecie trzeba zaplacic depozyt w wysokosci minimum 50000 rupii (zwykle jest to 100-2oo tys). Po czwarte brokerowi trzeba zaplacic tyle ile sie bedzie placilo pozniej za miesiac. Po piate wiekszosc mieszkan nie ma mebli, no, to akurat jest mniejszy problem, bo AIESEC ma nam jakies dac. No a poza tym to jedno mieszkanie jest ladne, ale za male i za drogie. Drugie mieszkanie jest duuuze, takie, ze 7 osob sie zmiesci, ale jest obdrapane, nie ma normalnej podlogi i ma jedna lazienke (a w momencie kiedy tu sa takie upaly i kazdy bierze prysznic przynajmniej dwa razy dziennie to moze byc uciazliwe). I tak dalej i tak dalej. W kazdym mieszkaniu jest cos nie tak. Nie to, zebysmy mieli jakies specjalne wymagania, ale fajnie by bylo mieszkac chociaz w miare wygodnie :)
A dzisiaj urzadzilismy wspolne gotowanie. Puree ziemniaczane, warzywa rozne przerozne duszone a na deser nalesniki z serem (paneerem, ale calkiem niezle wyszly).
Gdyby nie to, ze wczoraj sie czyms podtrulam to bylby chyba jeden z przyjemniejszych weekendow, jakie tu spedzilam. Na Elefante nie udalo sie pojechac, ale moze w przyszlym tygodniu sie uda :)
A Maciek kupil sobie slownik Hindi i sie teraz uczy liter i roznych zwrotow :) Wszyscy go tu podziwiaja za umiejetnosc szybkiego uczenia sie. Ja tez jestem pod ogromnym wrazeniem.
A Asha i Mary Ellen staraja sie cos mowic po polsku, bo stwierdzily, ze to przecudowny jezyk. Mamy znalezc nawet Ashy meza w Polsce, zeby mogla do niego mowic "Miszu" :D albo "kfiatuszku". No, nad wymowa musza jeszcze troche popracowac. Narazie najlepiej wychodzi im to co mowia najczesciej po polsku, czyli "na zdrowie" :)
Tym milym akcentem zakoncze dzisiejszy wywod.

c.d.n.

J.ustka