Monday, April 28, 2008

Goscie, goscie

Gosc numer 1.

W Bombaju w czesci turystycznej znajduje sie "Leopold's Cafe". To jeden z najbardziej znanych w Bombaju pubow. Jako, ze za jakies 3 tygodnie zjada sie
tutaj praktykanci z calych Indii to AIESECwcy postanowili poszukac jakiegos miejsca, zeby zarezerwowac tylko dla nas, moze jakies znizki wynegocjowac. Trafili wlasnie do "Leopold's Cafe" i wlasciciel okazal sie byc bardzo zainteresowany, ale stwierdzil, ze zanim podejmie decyzje, zeby zamknac pub na jeden dzien, zeby byl tylko dla nas to musi nas poznac. Zobaczyc czy rzeczywiscie przyjda ludzie z roznych krajow itd itp. No wiec siedzimy sobie ktoregos dnia wieczorem w domku i dowiadujemy sie, ze za jakas godzinke wpadnie do nas wlasciciel tego pubu :) hmmm, no nie powiem, zeby byl u nas jakis specjalny porzadek i zebysmy byli na taka wizyte w jakikolwiek sposob przygotowani, ale trudno :) Generalnie to chcielismy zrobic dobre wrazenie. Ogarnelismy
mieszkanie, bo przeciez chcial zobaczyc jak zyjemy. Wyskoczylismy z dresow i ubralismy jakies jeansy przynajmniej. No i przyszedl. Wchodzi facet po czterdziestce. Jeden z tych co przezywaja druga mlodosc. Obcisle jeansy, koszulka Harleya Davidsona, was pod nosem, loki jak u Lionela Richego, zlote sygnety na dloniach (!!!). No, pierwsze wrazenie dosc dziwne. Ale co? Okazal sie
byc bombowym facetem! :) Pozagadywal, podopytywal, poopowiadal. Super. I my jemu tez chyba sie dosc sympatyczni wydalismy, bo knajpe na weekend recepcji (wtedy co to wszyscy praktykanci sie zjezdzaja) mamy.

Gosc numer 2.
Maly i bardzo niesympatyczny. Na szczescie byl tylko przez chwile i zniknal. Tego samego dnia, ktorego sie pojawil bylismy ogladac mieszkanie. Bylo nawet calkiem calkiem, ale jak zobaczylam stado (WIELKIE STADO) ogromnych karaluchow to mi sie odechcialo dalej ogladac. Pomyslalam sobie wtedy, jak to dobrze, ze u nas chodza i pryskaja co jakis czas to nie mamy takich przyjaciol w domku. I oczywiscie zdazylo sie to co zawsze zdaza sie w takich sytuacjach. Ledwno pomyslalam, ze nie ma a tu wieczorem na stope wlazl mi taki OGROMNY jeden. Zrzucilam go z siebie i pospiklalam w calym pokoju i kuchni i lazienkach, zeby juz go wiecej nie widziec :) no i wiecej sie nie pokazal. A czemu nagle sie znalazl w mieszkaniu? Bo tego dnia psikali wszedzie a u nas nie bylo akurat nikogo, wiec nikt panu psikajacemu nie otworzyl. Stwierdzilismy, ze to pewnie byl jakis pojedynczy uciekinier z innego mieszkania i tyle. Ufff. Wszystko zniose... nawet jak jakims cudem jaszczurka wlazla na 6 pietro i do naszego
mieszkania to mnie to tak jakos bardzo nie przerazilo... ale karaluchow nie znosze. No.

Gosc numer 3 (a raczej goscie numer 3 i 4)
Grzes i Klaudia. Grzesiek jest kolega z liceum Macka. Razem ze swoja dziewczyna 9 miesiecy temu wybrali sie w podroz dokola swiata (a raczej po czesci swiata). Kupili bilet lotniczy, w ktorym musieli okreslic 7 przesiadek i wylecieli. Swoja podroz koncza w Indiach i akurat sa w Bombaju. Dowiedzielismy sie przez przypadek. Powiedzielismy im, ze bez sensu spac w hotelach (bo to akurat drozsze jest tutaj), wiec niech przyjada do nas.
Ja tak sobie myslalam, ze to my odwazni jestesmy, ze w Indiach mieszkamy i takie tam. A oni... 9 miesiecy w podrozy: Australia, Nowa Zelandia, Tajlandia, Hong Kong, Indonezja itd... wow. Opowiadali rozne, przerozne rzeczy. I to co mnie najbardziej zaskoczylo to to, ze w Indiach narazie odpoczywaja i jest im naprawde lepiej. A to dlatego, ze tu ludzie sa zyczliwi. I moze rzeczywiscie zdazaja sie tacy co sie gapia (ale gapieniem krzywdy nie robia) i tacy co lapia (ale takich to po twarzy mozna zdzielic), ale maja jakies uczucia, zagaduja nie zawsze chcac za to pieniadze, pomagaja bezinteresownie. Oni spotkali sie do tej pory z dwoma rodzajami ludzi: takimi co w ogole nie wyrazaja swoich uczuc, nie mowia "czesc", "przepraszam", "dziekuje", nie usmiechaja sie, nie zloscza... slowem nic... i z takimi co wyrazaja uczucia przez pieniadze tylko i wylacznie. A w Indiach owszem znajda sie i tacy, ale jednak po takiej podrozy odczuwa sie to zupelnie inaczej. Dzieki temu wszystkiemu co opowiadali troszeczke inaczej spojrzalam na tych ludzi tutaj. I mi sie przyjemnie zrobilo.
Klaudia i Grzesiek dzisiaj wyjezdzaja.
Jutro robimy mala imprezke.
W czwartek pojedziemy cos zwiedzic i moze poszukamy mieszkania.
W piatek Maciek leci do Delhi, bo ma tam jakies warsztaty. Nie wiem kiedy dokladnie wraca.
A w weekend albo jakos po pewnie znowu cos napisze :)

c.d.n.
J.ustka

Saturday, April 19, 2008

Dzialo sie...

A wiec tak.

Po pierwsze: praktyki nadal nie ma, ale hmmm, to i tak nie bylo to czego tak naprawde szukalam. Na pewno sie cos znajdzie niedlugo :) a jak sie znajdzie to na pewno dam znac.

Po drugie: Maciek w piatek wzial sobie dzien wolny. Ale nie taki dzien wolny od pracy calkiem, tylko dzien wolny od pojscia do biura. Pracowal w domu i twierdzi, ze duzo lepiej mu sie tu pracowalo. W Indiach w biurach maja fiola na punkcie rozkrecania klimatyzacji, wszyscy zgodnie twierdza, ze jest za zimno. Sporo osob chodzi caly czas przeziebionych. A Maciek jest osoba raczej cieplolubna. Zupelnie odwrotnie niz ja :D
Amy i Mindo wyjechali w piatek do Kerali pozwiedziac (zostalo im poltora miesiaca praktyki, z czego przez miesiac bede w podrozy... cwaniaki). Poznali tutaj babke, ktora zalatwiala Mindo przesluchania do Bollywood i zanim wyjechali to dal jej kontakt do nas. No wiec w piatek pojechalismy zrobic sobie zdjecia. Ha! Nasza pierwsza sesja zdjeciowa :) zobaczymy czy cos z tego wyjdzie :) moze niedlugo zobaczycie nas w jakiejs reklamie, teledysku albo filmie Bollywood!




A! No i Mary Ellen zrobila nam tatuaze z Henny :) pracuje w organizacji pozarzadowej
z dzieciakami. Tego dnia byly zabawy z Henna. Melon (tak mowimy na Marry Ellen) ma cala reke w dzieciecych rysunkach. Maciek ma roze i moje imie na ramieniu a ja jakis szlaczek na krzyzu :)

Po drugie: Maciek zaczal znowu chodzic na AIKIDO. I co? Przez caly ostatni trening cwiczyl z jednym kolesiem, gadali sobie i w ogole. Na koniec zapytal Macka jak ma na imie i skad jest. I co sie okazalo? Ze to polak! Jest tutaj z zona, ktora rozkreca w Indiach Pioniera. Fajnie :)

Po trzecie: chyba w koncu sie uda nam przeprowadzic. Mieszkan znalezlismy kilka ale to nie od nas wybor zalezy, bo to nie my bedziemy placic depozyt. Problem byl taki, zeby zmusic Arjuna (aiesecowca), zeby poszedl ogladac mieszkania i targowac sie o cene. Teraz prace nad tym pojda troche szybciej, bo umowa wynajmu mieszkania na 15 pietrze w Sagar City konczy sie juz w tym miesiacu... wiec i tak musi byc nowe mieszkanie! Za kilka dni powinnismy sie wyprowadzic i miec wlasny pokoj.

Po czwarte: poszlysmy z Aga napelnic butle gazowa :) i mamy na czym gotowac w koncu! Jakos nikomu nie chcialo sie za to zabrac i jedzenie caly czas zamawialismy. A tak to wczoraj moglismy sobie zjesc razem jajecznice na sniadanie. Jak dobrze bylo poczuc cos co przypominalo troche dom. Taka prosta, mala rzecz a cieszy.

Po piate: jakby opisac wczorajszy wieczor schematem to wygladal tak: zamieszanie-podekscytowanie-niespodzianka-znuzenie-wkurzenie-jeszcze wieksze wkurzenie-fantastyczna zabawa-zmeczenie... :) A to wszystko dzieki koncertowi! Wyclef Jean na zywo w Hard Rock Cafe Mumbai! Ale od poczatku. Umowilismy sie wszyscy na stacji kolejowej. Maciek mial sie do nas dosiasc na jednej ze stacji i mielismy pojechac razem. Zanim przejde dalej male slowo wyjasnienia: w Bombaju sa dwa rodzaje kolejek. Szybkie i wolne. Szybkie zatrzymuja sie na wybranych stacjach przez reszte przejezdzajac. Wolne zatrzymuja sie na wszystkich. Mozna to porownac do naszych krajowych polaczen pospiechem i ekspresem. Zeby dojechac na kocert powinnnismy byli wsiasc do wolnej, ale oczywiscie wsiedlismy do szybkiej :D Maciek czekal na peronie wolnej, wiec sie do nas nie dosiadl... itp itd. Juz nie bede tlumaczyc wszystkiego, bo w ciagu 15 minut kilkanascie razy zmieniane byly plany jak tam dotrzec. Skonczylo sie na tym, ze Mary Ellen i ja dolaczylysmy do Macka w innym pociagu a cala reszta pojechala taksowka. Suma sumarum my bylismy jakies pol godziny przed nimi :) nie moglismy sie doczekac koncertu. Czekamy w kolejce i okazalo sie, ze koncert nie kosztuje 500 rupii tylko 750! Nadal to duzo mniej niz w Polsce ale jednak czlowiek sie wscieka, ze jest oszukiwany. Weszlismy do srodka na godzine przed koncertem - o 20.30. O 22 zaczelismy sie denerwowac. Puszczali muzyke, starali sie robic cos, zeby ludzie sie nie wsciekali, wiec nawet kelnerzy zaczeli tanczyc do piosenki "YMCA". Ale i tak nie podobalo mi sie to wcale a wcale. Tlum ludzi, wszyscy sie przeciskaja. Przed nami skakalo rozbawione towarzystwo. Juz mialam ochote wyjsc i dluzej nie czekac. No i w koncu o 22.50 koncert sie zaczal. Nie spodobalo mi sie to, ze nie bylo slowa przeprosin ani nic. No ale sie zaczelo. I bylo... NIESAMOWICIE. Warto bylo zaplacic wiecej. Warto bylo sie powsciekac. Warto bylo posciskac sie w tlumie. Ach. No i dla tych ktorzy nie kojarza Wyclefa to ostatnio byl znany z piosenki z Shakira "Hips don't lie" (tak, to ta piosenka co on na poczatku spiewa "Shakira Shakira" co brzmi troche jak "siekiera siekiera") i "milion voices" z filmu "Hotel Ruanda" (jesli ktos nadal nie obejrzal - szczerze polecam).
Facet mial niesamowity kontakt z publicznoscia. Kilka razy schodzil ze sceny (w tym tez na barkach swojego wieeeelkiego ochroniarza), dwa razy wzial ze 20 osob na scene, zeby mu towarzyszyli, raz dwojke dzieciakow, ktore tam byly, zeby zaspiewaly razem z nim. Raz podszedl do dziewczyny i zaczal sie jej wypytywac jak powiedziec cos w Hindi. Caly czas szalal i skakal i w ogole. A moj ulubiony numer z tego koncertu to wtedy kiedy wypatrzyl kogos palacego na widowni i powiedzial "o nie! ktos tu pali! i to na moim show! zapraszam pana do mnie. zaraz pana oducze palic!". Na scene wszedl lekko grubszy pan a Wyclef kazal mu powtarzac wszystkie ruchy. I stalo sie to czego mozna bylo sie spodziewac: pan zmeczyl sie mniej wiecej po pol minuty :) mysle, ze przynajmniej do konca koncertu nie zapalil :) Koncert skonczyl sie po pierwszej. Bylismy wykonczeni, cali mokrzy i szczesliwi.


A teraz siedzimy sobie, jemy lody a Arnold gra na gitarze, bo chodzi tu na lekcje grania.

c.d.n.

J.ustka

Wednesday, April 16, 2008

A co u Was?

Kochani, staram sie pisac jak najczesciej. I wiem, ze od czasu do czasu tu wchodzicie i czytacie. I teraz sie zastanawiamy z Mackiem co u Was slychac? Cos nowego sie wydarzylo? Ja tu jestem juz ponad trzy tygodnie, Maciek ponad dwa miesiace i z checia poczytamy sobie maile od Was :)

buziaki i czekamy na wiesci :)

J.ustka

Tuesday, April 15, 2008

Absurdalny weekend

W piatek postanowilismy, ze pojedziemy na sobote i niedziele na konferencje komitetu AIESEC w Bombaju. Konferencja odbywala sie 3 godziny pociagiem od Bombaju. Umowieni bylismy z Arjunem na jednej ze stacji kolejowych o 14. Wyszlismy z domu troche za pozno, ale zlapalismy rikszarza co to zrozumial, ze nam sie spieszy i calkiem szybko nam dowiozl. Pod koniec tylko wyszlismy i doszlismy, bo przed sama stacja strasznie sie zakorkowalo - norma. Dotarlismy na stacje jakies 15 minut przed odjazdem pociagu, znalezlismy Amy i Mindo, ktorzy powiedzieli, ze AIESECowcy kupuja nam bilety i ze zaraz wsiadamy. Przy okazji AIESECowcy nas zobaczyli, wiec sie do nas przylaczyli. Pociag byl juz prawie calkiem zapchany (rowniez norma), na miejsca siedzace szans nie bylo, ale zaczelismy juz wsiadac, zeby zajac jakies bardziej wygodne miejsca stojace ;) a tu nagle AIESECowcy mowia, zebysmy wysiedli i w ogole. Jakas taka wrzawa. Ja to pomyslalam, ze to zly pociag... no wiec wysiedlismy. A okazalo sie, ze oni wymyslili, ze pociag jest za bardzo zapchany, wiec pojedziemy na inny, ktory odjezdza z innej stacji. Gdybysmy wiedzieli, ze tak bedzie to sami bysmy kupili sobie bilety i sami pojechali... A tak to zanim dojechalismy na druga stacje minelo 1,5 godziny i caly czas albo chodzilismy albo stalismy w strasznym tloku. A jak wsiedlismy w pociag, ktory jechal na miejsce konferencji to okazalo sie, ze tam tez nie ma miejsce. Skutek byl taki, ze dojechalismy prawie dwie godziny pozniej niz to bylo zaplanowane a roznicy miedzy pociagami praktycznie nie bylo... ech. Trudno. Nastepnym razem zapytamy sie tylko gdzie mamy dojechac i sami sobie poradzimy. Nie wiem jak to jest, ale na codzien AIESECowcy tutaj nie za bardzo sie nami interesuja a tu nagle chcieli nas wziac pod swoja opieke i w ogole... I z tego co zauwazylam to praktykanci radza sobie duzo lepiej niz oni w sprawach takich jak na przyklad jezdzenie kolejka. Moze sie to wydawac smieszne, ale tak jest. A jezdzenie kolejka w Bombaju to nie taka prosta sprawa - uwierzcie mi. Ten kto potrafi bez problemow poruszac sie po Bombaju poradzi sobie wszedzie :)
No ale wrocmy to naszego weekendu. Dojechalismy jak bylo juz ciemno. Maly hotelik, zaraz obok plaza i morze. Niezle... chwile posiedzielismy z nimi, pobawilismy sie a pozniej wzielismy materace i poszlismy spac na plaze. Plaza szeroka, w oddali widac jakies skaly wystajace nad wode, spadajace gwiazdy. Cudo - normalnie StarView Hotel. Mindo z Mackiem zaczeli zartowac sobie z Zhou Zhou (nie jestem pewna czy tak sie pisze ale czyta sie Dzo dzo) z Chin. Siedzac na plazy ktorys sie go spytal czy u niego w Chinach, tak samo jak w Indiach widac tylko jeden ksiezyc. Bo w Europie widac oba nasze ksiezyce. W tym momencie dolaczyl sie Bez z Maroko i powiedzial, ze u niego tez widac ten drugi, czyli Lunar, ktory jest troche wiekszy niz ten ksiezyc i taki czerwonawy. Wymyslili jeszcze kilka bzdur. Biedy Zhou Zhou byl troche skolowany. Nie uwierzyl oczywiscie, ale chyba na wszelki wypadek po powrocie do domu sprawdzal w internecie jeszcze czy dobrze, ze
nie uwierzyl :)
No wiec tak wieczor z pieknym widokiem i absurdalnymi zartami byl calkiem przyjemny. Budzimy sie rano... i kazdy, ale to kazdy po kolei kto sie budzi pytal "kto zabral morze??". Rzeczywistosc rano okazala sie troche gorsza niz wieczorem... plaza byla strasznie zasmiecona, morze po odplywie bylo jakies pol kilometra przed nami, w miejscu gdzie bylo dzien wczesniej morze bylo bagno, na ktorym przechadzacy Hindusi wydalali z siebie conieco a piekne skaly okazaly sie drzewami rosnacymi na tych bagnach. Spakowalismy sie i poszlismy sobie. Juz nie bede opowiadac o perypetiach z pociagiem powrotym. Powiem tylko, ze z osrodka wyszlismy kolo 12 a w domu bylismy o 20...
Taki byl nasz weekend. Gdyby nie te spadajace gwiazdy i kilka glupich zartow to nie zaliczylabym go do udanych :)
A jesli chodzi o moja praktyke to wczoraj napisalam artykul, dzisiaj go z Mackiem troche poprawilismy i go wyslalam. Teraz pozostaje tylko czekac na odpowiedz. A jak nie to, to cos innego sie wymysli :)

Friday, April 11, 2008

Zycie w Bombaju

No i tak. Leze sobie wczoraj sobie rano w lozku i slysze pukanie do drzwi. Otwieram a tam Arjun (Hindus, ktory opiekuje sie praktykantami; bardzo fajny, ale czasami bardzo zakrecony) i jakas dziewczyna. No i mowia mi, ze ona zostanie tutaj przez kilka dni. Jest praktykantka z innego miasta, skonczyla juz swoja praktyke i teraz zwiedza sobie Indie. No i ja nie mam nic przeciwko, zeby u nas zostala. Szkoda tylko, ze nikt nas nie uprzedzil. Fike stwierdzila, ze zostanie jeden dzien w domu, zeby sobie odpoczac, wiec zostala ze mna i poopowiadala mi troche o zyciu w innym miescie. I tak. Jak przyleciala to nikt po nia nie wyszedl. Pojechala pod adres, ktory podali jej wczesniej i siedziala pod drzwiami 12 godzin. Pozniej przyszlo kilka osob i powiedzialo jej, ze to tam bedzie mieszkala a jak przyszli inni to jej powiedzieli, ze gdzie indziej i bylo jeszcze wieksze zamieszanie niz u nas. Pokoje duzo mniejsze niz u nas, zero szaf, jeden stol a krzesel dwa razy mniej niz ludzi, zero wyposazenia w kuchni. A jak poszla pod prysznic to byla w szoku, ze mamy ciepla wode. No wiec wynika z tego, ze zycie praktykanta w Bombaju jest wrecz luksusowe, nawet jak sie mieszka w salonie ;)
Poszlismy wczoraj na kocert. Zaplacilismy 300 rupii za osobe. Zespol z Bombaju gral stare utwory rockowe i kiedy zagrali Queen i przerobionego George Michaela to stwierdzilam, ze bylo warto. A za tydzien pojdziemy na koncert Wyclef Jeana! Za 500 rupii od osoby, czyli po mniej wiecej 30 zl. W Polsce taki koncert kosztowalby pewnie jakies 150!
Jak czlowiek jest tutaj to na poczatku to denerwuje go wszystko. Tlumy, przepelniona kolejka, nachalni Hindusi... ale po jakims czas zaczyna sie dostrzegac dobre strony :) szczegolnie jak przyjedzie ktos z innego miasta i poopowiada rozne rozniste przygody :)
A dzisiaj mialam rozmowe kolejna. Mam do zrobienia jakies zadanie do wtorku i do piatku powinno byc wiadomo czy sie udalo. Wiec trzymajcie kciuki. Moze tym razem bedzie dobrze :)

c.d.n.

J.ustka

Wednesday, April 9, 2008

Goa

No wiec tak. Wrocilismy baaardzo wypoczeci i zadowoleni. Ale zacznijmy od poczatku.

W tamta strone jechalismy autobusem. Przygoda z autobusem zaczela sie jeszcze przed wyjazdem. Bilet kupilismy juz wczesniej. Na bilecie bylo napisane skad odjezdzamy... ale bylo to tak napisane, ze tak naprawde nie bylo wiadomo. Po prostu byl jakis punkt, ktory pewnie przez ludzi mieszkajacych tu jest znany ale co z tego. Zadnego adresu. Ech. No to dzwonie do biura, z ktorego Maciek zamowil bilet i mowie, ze wyjezdzam dzisiaj do Goa o 9.20 i chcialabym wiedziec gdzie ten autobus podjezdza. Rozmowa wygladala tak:
-kiedy wyjazd?
-dzisiaj
-kiedy wyjazd?
-dzisiaj
tak ze trzy razy jeszcze i w koncu pan:
-A! dzisiaj. Dzisiaj wolne miejsca sa tylko o 11.
-Ale ja mam juz bilet. Jade o 9.20. chcialabym wiedziec skad odjezdza autobus.
-o 9.20 nie ma juz miejsc. sa o 11.
-wiem. Ja juz mam bilet.
-ma pani?
-mam.
-na kiedy?
(!!!!!!!!!!!!!!)
Rozmawialam z nim kilka minut. Pan nie znal angielskiego i podejrzewam, ze wylapywal pojedyncze slowka :D w koncu dal mi kogos innego do telefonu. Z tym kims innym przeszlam podobna rozmowe, tylko troche krotsza :) i ten ktos poprosil jeszcze jedna osobe a ona dala mi inny numer. Pod innym numerem musialam chwile poczekac. Pan dobrze wiedzial o co mi chodzi ale ja za cholere nie moglam go zrozumiec :D powiedzialam Mackowi co zrozumialam i zeby on zadzwonil jeszcze sie upewnic, bo ja nie mam zamiaru juz z zadnym hindusem dzisiaj rozmawiac!
Dowiedzielismy sie. Poszlismy. Autobus sie spoznil, ale tylko pol godzinki, wiec nie tak zle jak na Indie.
W autobusie dwa pietra miejsc lezacych. Takie podwojne lozka. Jak jedziesz sam to nigdy nie wiesz z kim bedziesz spac. Straszne! Nasze bylo na samym brzegu. Usiedlismy. Super wygodnie, mozna siedziec, mozna lezec. Torba tez sie zmiesci. Super. Patrzymy a taka pani po 50tce wdrapuje sie na gore, Maciek na nia spojrzal i mowi "to moze sie zamienimy, dla nas nie ma znaczenia czy musimy wchodzic na gore czy nie". No wiec sie zamienilismy... dobry uczynek :) ale chyba wiecej sie na to nie zdecyduje. Na gorze to mozna bylo tylko lezec... nie radzilabym jechac komus z klaustrofobia... hindusi to mali sa i przyzwyczajeni do sciku to dla nich roznicy wiekszej nie ma... nastepnym
razem lozko tylko na dole! :)
Autobus spoznil sie jakies 3 godzinki, wiec jechalismy tak 13 godzin.
Przesiedlismy sie do autobusu miejskiego, bo plaza na ktora jechalismy byla jeszcze 40 km dalej.
Dotelepalismy sie strasznie zmeczeni... Ale wystarczylo jedno spojrzenie na plaze i cale zmeczenie
jak reka odjal. Wynajelismy domek, taka mala chatke praktycznie na plazy. Amy i Mindo mieli
blizej, bo wzieli pierwszy z brzegu domek... a my drugi. Warunki nie jakies luksusowe, ale lozko,
lazienka, dach nad glowa i drzwi z zamkiem byly. Za trzy noce zaplacilismy 800 rupii, czyli jakies
55 zl.
W Goa jest juz po sezonie, wiec plaza byla praktycznie pusta. Krecilo sie troche ludzi, ale jak
porownuje to do tego co sie dzieje na plazy w Ustce to po prostu nie ma porownania. Woda
cieplutka ale strasznie slona, wiec jak chlapnela w oczy to nieprzyjemnie szczypalo. Na plazy
knajpki jedna za druga. Wszystko tanie, oprocz rybek i innych stworzen morskich. Ale i tak sie
skusilismy. Generalnie dni nam uplynely na siedzeniu na plazy, czytaniu ksiazek, piciu piwka,
chowaniem sie przed sloncem, jedzeniu itd
Udalo nam sie nawet spotkac polakow i spedzic z nimi jeden wieczor :)
Co prawda w planie mielismy jeszcze przejechanie sie do starego goa i pozwiedzanie troche,
ale nam sie nie udalo. I chcielismy zobaczyc delfiny. Aga mowila, ze wystarczy przejsc sie na
wyspe, ktora jest bardzo blisko, tylko trzeba poczekac na odplyw, zeby moc tam dojsc...
oczywiscie jak sie wybralismy to byl juz przyplyw i nie udalo nam sie.
Ale przynajmniej mamy pretekst, zeby pojechac tam jeszcze raz. Zdecydowanie to zrobimy :)
Nasi znajomi poszli sobie na impreze "cicho-glosna". Wchodzac na taka impreze dostaje sie
sluchawki i wszyscy bawia sie ze sluchawkami na uszach. Nie przekonuje mnie to w ogole... ale
byli tacy co im sie podobalo... poza tym taka impreza kosztuje 500 rupii za wejscie i jeszcze
500 trzeba dac kaucji na sluchawki. Troszeczke przesada.
Wrocililsmy samolotem. I o dziwo sie nie spoznil. Ani minuty. Slyszalam, ze to niemozliwe, bo
zawsze sa opoznienia... a tu prosze :) udalo sie tak, ze Maciek jeszcze zdazyl na spotkanie do
pracy. :)
No i w sumie tyle :) bylo bardzo ale to bardzo fajnie. Skoro Maciek, ktory nie przepada za
plazowaniem wrocil zadowolony to innym tez na pewno by sie spodobalo. Zachecam :)

Zaraz wrzuce kilka zdjec :)

c.d.n.

J.ustka

Friday, April 4, 2008

mieszkaniowy galimatias

Mieszkaniowy galimatias... No wiec tak. W Sagar City (osiedle na ktorym mieszkamy) w naszym budynku sa trzy mieszkania. Dwa na 6 pietrze i jedno na 15. Wszystkie mieszkania maja trzy pokoje: dwie sypialnie i salon. Zasada jest taka, ze nowe osoby mieszkaja w salonie i jak ktos wraca do domku to ta osoba moze przeniesc sie na jej miejsce w sypialni. W naszym mieszkaniu jest tak: w jednej sypialni Aga (Polska) z Catarina (Brazylia), w drugiej sypialni Arnold (Kenia) i Ryoko (Japonia), salonie my i Takashi (Japonia). Catarina nie bywa zbyt czesto ale narazie nikt sie ni wynosi. W drugim mieszkaniu jest tak: w jednej sypialni Meenal (Nowa Zelandia) i Asha (Kanada), w drugiej sypialni Hoosang (Korea) i George (Ghana) a w salonie Viktoria (Rosja). Na 15 pietrze jest kilka dziewczyn. To jest stan na dzien dzisiejszy.
Galimatias zaczal sie wczoraj: w przyszlym tygodniu wyjezdza Criststal (Kanada) z 15 pietra i Meenal. Asha miala sie przeniesc na 15 pietro na miejsce Cristal. W ten sposob pokoj Meenal i Ashy mogl byc nasz. Do tego przyjezdza kolega Hoosanga na praktyke i wolne miejsce w ich salonie mialo byc dla niego. I wszystko bylo pieknie i cudownie. Wczoraj Hoosang przyszedl do nas zdenerwowany, ze nie ma miejsca dla jego kolegi a to on go namowil i do tego ten kolega ma slaby angielski i musza byc razem. A dlaczego nie ma miejsca? Bo wprowadzaja sie dwie nowe osoby. Pomijam fakt, ze w mieszkaniu, ktore jest gdzie indziej sa dwa wolne miejsca naprawde! A Viktoria stwierdzila, ze ona sie wprowadza do pokoju Meenal i bedzie mieszkala z Asha, bo przeciez Asha stwierdzila, ze jednak nie chce sie przeprowadzac na gore. A na dodatek Mary Ellen tez chce sie przeniesc z 15 pietra na 6... No wiec nie mamy gdzie mieszkac. Znaczy sie mamy jedno pojedyncze lozko w salonie... hmmm...
Ale dzisiaj sie tym nie przejmuje, bo zaraz jedziemy do Goa. Odezwiemy sie po powrocie, czyli we wtorek.

buziaki

c.d.n.

J.ustka

Wednesday, April 2, 2008

roznosci

W ciagu tygodnia nie dzieje sie wiele, dlatego ostatnio nic nie pisalam.

Na weekend jedziemy do Goa - najpopularniejszego miejsca turystycznego w Indiach. Morze Arabskie, piekne plaze, palmy i dobra zabawa. A to wszystko 500 kilometrow od Bombaju, czyli jak na Indie to rzut beretem :) Wyjezdzamy w piatek wieczorem autobusem, wracamy we wtorek po poludniu samolotem tak, zeby Maciek zdazyl jeszcze na jakies spotkanie. Jesli chodzi o autobus to na bilecie jest napisane "Volvo AC sleeper", wiec brzmi niezle, a jak bedzie naprawde to sie okaze w piatek.

Wczoraj z okazji Prima Aprilis dostalam wiadomosc, ze euro 2012 zostalo nam odebrane. Oczywiscie pierwsze co pomyslalam to to, ze mozna sie bylo tego spodziewac. A w czasie czytania przeslanego do mnie artykulu zrozumialam, ze to zart :) niezly, bo bardzo realny :)

Oczywiscie chwile po tym, jak uswiadomilam sobie, ze mozna bezkarnie klamac to napisalam kilku osobom, ze wlasnie wbieglo do mnie do domu stado Hindusow, wyjedli cos z lodowki i wybiegli. Najlepsza byla reakcja Macka "No nie! To juz przesada! A co wyjedli?". Ale musze go usprawiedliwic, bo to tez calkiem realne. Szczegolnie jak sie patrzy na naszego malego sasiada, ktory przychodzi do nas codziennie po czekolade. Czasami dostaje. A jak mu mowimy, ze nie mamy to najpierw idzie do kuchni sprawdzic a pozniej jeszcze przyprowadza swoja dwuletnia siostre mowiac "this is my sister, this is my sister" majac nadzieje, ze jak ja zobaczymy to zmiekniemy i mu damy :)

No i przychodzi jeszce do nas Alan. Nie mamy pojecia skad sie wzial ani po co. Alan ma jakies 14, moze 15 lat. Ma smieszny wasik pod nosem i twierdzi, ze jest ze Stanow. Wydaje mu sie, ze jest strasznie fajny i przebojowy. Potrafi siedziec u nas godzine albo i dluzej a pozniej pojsc do mieszkania na przeciwko. Historie Alana opowiadane nam i innym jakos dziwnie sie nie pokrywaja. Alan mowi tez wieloma jezykami. I tu musze przyznac, ze ma niezla pamiec. Przychodzi i zagadauje cos po Polsku a Maciek odpowiada mu w Hindi. I tak sie ucza nawzajem. Ale to wszystko, co dobre :) wczoraj na przyklad siedzial i czytal swoj slownik niemieckiego. Chcial sie popisac i dal Mackowi do przeczytania to co jest z tylu na odladce. No i Maciek przeczytal, moim zdaniem niezle. Alan z dziwnym usmieszkiem na twarzy pokiwal glowa i powiedzial "Wy tam w Polsce to nie potraficie mowic dobrze po niemiecku". Po czym bardzo dumny z siebie przeczytal tak jak powinno to byc przeczytane. Wyobrazcie sobie hindusa z tym jego takim smiesznym akcentem czytajacego po niemiecku. Ech. Alan. Denerwujacy typek, ale przynajmniej jakas rozrywka jest.

A teraz z innej beczki. Ostatniej nocy w Warszawie kiedy po raz kolejny obudzily mnie golebie pomyslalam sobie "jak dobrze, przynajmniej ich tam nie bedzie". Ale wiecie co? Nasze golebie w porownaniu z ich golebiami to nic! One bezczelnie wlatuja do domu. Nie mozna miec otwartego okna, bo od razu masz golebia. I to nie jest tak, ze jak wstaniesz i idziesz w jego strone to on sie boi. O nie nie. On sie bawi z Toba w "kto sie bardziej boi - ja czy ty" i bezczelnie sie na Ciebie gapi. Po czym na szczescie wylatuje. Ja oczywiscie mam przed oczyma "Ptaki" za kazdym razem jak wieksza grupka golebi siedzi mi pod oknem. A wieksza grupka golebi siedzi tu codziennie - horror! Tesknie za moimi balkonowymi golebiami :)

No i z jeszcze innej beczki... Narazie nie poszlismy na zaden casting do Bollywood, ale Mindo juz byl. I wyglada na to, ze cos zagra. Na castingu mial powiedziec przerazonym glosem "Nazywam sie Michael Douglas. Jestem ze Stanow. Jestem tylko dziennikarzem". Ma byc przerazony, bo wlasnie zostal porwany :D Boskie! Zazdroszcze mu! Tez musze zagrac! Tez musze! A Mary Ellen podklada glosy :) na przyklad pod pania od aerobiku "one two three four, one two three four". Niezla zabawa!

No dobra koncze powoli :)

c.d.n.

J.ustka