Sunday, March 30, 2008

Churchgate i wesele

Churchgate to takie miejsce w Bombaju, ktore rozni sie od innych. Przede wszystkim jest czysto. Moze nie tak jakos super. Ale czysto. Nie ma co chwile porozrzucanych gdzies smieci. Jakos tak przyjemniej. Moze dlatego, ze Churchgate jest jednym z miejsc, gdzie nie moga jezdzic riksze... a moze jako, ze jest to miejsce bardziej uczeszczane przez turystow to staraja sie je sprzatac czesciej niz na przyklad w naszej dzielnicy. Nie wiem. Tam jest jasniej. Ladniej pachnie... poza momentami kiedy z portu skradnie sie do nas zapach ryb... ale tak poza tym to nie smierdzi :) Palmy, morze, dzieciaki grajace w krykieta, poro knajpek, Brama Indii (przez ktora Anglicy opuscili Indie), uniwersytet, parki itd itp. Slowem - sama przyjemnosc.
Od dzielnicy Bandra na poludnie jezdza tylko taksowki, riksze nie moga tam wjezdzac. Nasz kolega, ktory przyjechal tutaj tak raczej sluzbowo mial spotkanie w tamtej okolicy. Stwierdzil, ze nie chce jechac kolejka. No fakt, generalnie zwykle jest wypchana, wiec w godzinach szytu to nie przyjemnosc, szczegolnie kiedy sie nie wie co gdzie i jak. Wzial taksowke, powiedzielismy, ze powinno wyjsc jakies 200 rupii. Mial ze soba 700. Wsiadl i jedzie, jechal ponad godzine i z kazda minuta przerazal sie coraz bardziej, bo licznik lecial jak szalony... 10 rupii, 20, 30... 100... jak doszlo do 600 to zaczal mowic taksowkarzowi, ze ma tylko 700. Widzial dokola riksze a to oznaczalo, ze nie jest jeszcze w polowie drogi... Taksowkarz powiedzial "ok ok" i jechal dalej. No to Konrad stwierdzil, ze jak tak to tak. On ma 700 i wiecej nie zaplaci. Kiedy dojechal na miejsce mial na liczniku nie pamietam ile dokladnie ale jakies 1400 rupii. No a my na dodatek zapomnielismy mu powiedziec, ze przeciez taksowkarze maja takie same liczniki jak rikszarze, wiec jako, ze to jest troche inny standard jazdy to trzeba to pomozyc przez 1,5 :) Taksowkarze maja taka ksiazeczke z przelicznikiem ile trzeba zaplacic. hmmm, na szczescie nie powiedzielismy mu jeszcze tego, ze te liczniki ostatnie zero maja za przecinkiem (ktory oczywiscie w zaden sposob nie jest zaznaczony), wiec sie to zero obcina. A to znaczylo, ze biedny Konrad niepotrzebnie sie stresowal cala droge, bo tam wyszlo nie 1400 a 140 rupii, czyli po przeliczeniu jakies 200. Tak jak mowilismy :) ech, te Indie...
W Churchgate bylismy wczoraj dwa razy. Najpierw rano, bo Maciek prowadzil sesje o szoku kulturowym dla osob, ktore jada na praktyke zagraniczna. Bylo tam 5 osob, ktora wyjezdzaja juz niedlugo do Polski, wiec po skonczeniu siedzielismy tam i odpowiadalismy na przerozne pytania dotyczace Polski :)
Drugi raz wieczorem. Najpierw na piwku z Amy, Mindo i jeszcze jednym praktykantem. A po piwku... wesele!!! Tak, bylismy na weselu. Byly AIESECowiec sie zenil. Jego mlodsza siostra jest teraz w AIESEC i pomysleli, ze fajnie by bylo zaprosic jakichs praktykantow. No wiec poszlismy. Wesele bylo pod golym niebem na sali otoczonej z trzech stron woda. Najpierw "bramkarz" nie chcial nas wpuscic, ale ojciec panny mlodej zobaczyl nas przed wejsciem i wyszedl po nas. Sala ogromna. Na srodku okragle stoly, na koncu ozdobiona scena z fotelami dla pary mlodej, rodzicow i babc. Po bokach taki szwedzki stol - po jednej stronie dania gorace, po drugiej, desery, napoje i... alkohol, co akurat zbyt czesto sie nie zdaza. Do tego wokol krecilo sie sporo kelnerow oferujacych
przystawki. No i DJ. Gral niestety cicho i krotko przez to, ze to bylo na swiezym powietrzu. Na ceremonii slubnej niestety nas nie bylo, ale za to bylismy juz jak para mloda wchodzila na sale. czy wspomnialam juz na ile osob bylo wesele? Wiecie, ja sobie tak myslalam, ze nasze wesele zaplanowane na jakies 100 osob jest duze. A oni mieli takie srednie jak na ich warunki... jedyne 1000 osob... para mloda wiekszosc wieczoru stala, przyjmowala zyczenia od gosci i robila sobie z nimi zdjecia. My chodzilismy sobie w kolko i dobrze sie bawilismy :)
Fajnie, bardzo fajnie :)

c.d.n.

J.ustka

Wednesday, March 26, 2008

a takie tam

Zycie sobie plynie powoli. Jeszcze sie nie przestawilam z czasem i rano chce mi sie spac a wieczorem nie za bardzo. Tutaj jest 4 i pol godziny pozniej niz u Was. Niby nieduzo ale czlowiek jednak ma swoj rytm dnia, do ktorego jest przyzwyczajony.
Do goraca tez jeszcze sie nie przyzyczailam. W tym momencie sa jakies 33 stopnie. I jeszcze nawet nie byloby to takie straszne gdyby na ulicy bylo mniej ludzi i czlowiek by sie tak nie meczyl przechodzac z jednego miejsca w drugie. Dzisiaj Agnieszka (ta polka z naszego mieszkania) wsiadala do kolejki i ktos zlapal ja za piers. Odwinela sie i dala mu po twarzy. Mnie w tlumie zlapal ktos za tylek. Niestety nie wiem kto - bylo ich za duzo. Chlopak Agnieszki powiedzial, ze moglam zdzielic wszystkich w poblizu to by mieli nauczke jeszcze zanim by cos zrobili :) Generalnie jestesmy zjawiskiem i to takim zjawiskiem, ze mysla, ze moga wszystko: dotknac, wyzebrac kase, cmoknac z daleka na nas mowiac "hey pretty lady" itd itp. Dobrze, ze bylam tu wczesniej to przynajmniej sie nastawilam na to, ze beda sie caly czas
patrzec i nawet nie przeszkadza mi to za bardzo :)
Maciek to w ogole sie juz oswoil. Poznal jakies 40 slow w Hindi i juz swobodnie gada z rikszarzami. Wie juz jak dojechac w najwazniejsze miejsca, wiec nikt go tu nie oszuka. W Bombaju z rikszami jest troche inaczej niz wszedzie indziej. W innych miastach trzeba sie targowac zamin sie wsiadzie do rikszy i od turystow bierze sie jakos dwa razy wiecej niz od miejscowych - a to i tak juz po wytargowaniu. Tu sa liczniki, jesli ktos chce sie targowac to mozna zagrozic, ze wezwie sie policjie - za targowanie rikszasz moze stracic prawo wykonywania zawodu i dostac jakas grzywne. Ale za to jak sie nie zna okolic to przeciez po wlaczeniu licznika moze zrobic 5 kolek i czlowiek nawet sie nie zorientuje i zamiast 20 rupii zaplaci 80...
Do tego fascynuje mnie tutaj przechodzenie przez ulice. Maja nawet pasy - dzisiaj jedne wypatrzylam!!! Ale co z tego? Nikt na nie nie zwraca uwagi.
Ludzie przechodza masowo gdziekolwiek i sie niczym nie przejmuja, bo przeciez to ten co jedzie ma uwazac a nie ten co przechodzi. Za kazdym razem jak przechodze gdzies to wypatruje jakiegos hindusa, zeby wejsc na ulice razem z nim i modle sie, zeby Ci co jada patrzyli na droge i zdolali nas ominac.
Generalnie wiele rzeczy jest tutaj fascynujacych. Na przyklad lazienka. Oprocz tego, ze w jednej z lazienek toaleta to dziura w ziemi to niezly jest tez prysznic. Prysznic to ta taka sluchawka wystajaca ze sciany. Nie ma brodzika, nie ma zaslonki, nic. Wchodzi sie do lazienki, po prawej umywalka, na wprost toaleta a miedzy nimi prysznic. Wiec jak sie kapiesz to wszystko wokolo jest mokre.
Albo jeszcze to. Siedze sobie wczoraj wieczorem w domku a tu wchodzi jakas pani, idzie do kuchni i zaczyna zmywac a pozniej myc podlogi... hmmm... patrze na Macka pytajacym wzrokiem a on mi tlumaczy, ze to Rosario (nie wiemy jak ma naprawde na imie, wiec nasz kolega Piotr Z :D nadal jej imie). Rosario przychodzi pare razy w tygodniu zmywa i myje podloge tam gdzie nic nie lezy. Czyli jak stoja czyjes buty to umyje dokola nich a ich juz nie podniesie :) Ale fakt faktem nawet sie zastanawialam jak to mozliwe, ze podloga jest czysta przy tylu osobach krecacych sie wkolo. Rosario dostaje 1000 rupii miesiecznie.
Jest jeszcze taki fajny pan z windy. Jak sie wchodzi to on naciska guziki. Pierwszego dnia zachowalam sie jak typowa blondynka bo zdziwilo mnie to, ze ten pan pamieta na ktorym pietrze mieszka Maciek. Ech. Dopiero po chwili uswiadomilam sobie, ze nietrudno zapamietac gdzie mieszka jeden w niewielu bialych w tym budynku :D no ale swoja droga jest tu 15 pieter wiec i tak musi miec niezla pamiec :)
Byłam dzisiaj na jednej rozmowie, jutro ide na kolejna. Na godzine przed rozmowa dowiedzialam sie, ze wcale nie maja niczego w HR... jak tam poszlam okazalo sie, ze nie przeslali tez tam mojego CV... facet zadal dwa pytania i tyle. Powiedzial, ze nie ma nic, ale moze bedzie cos w szkoleniach. Generalnie to byla najdziwniejsza 10minutowa rozmowa kwalifikacyjna na ktorej bylam... Zobaczymy co bedzie jutro. A jak nie jutro to jeszcze kiedy indziej.
Bylismy tez z Mackiem w supermarkecie po male zakupy. W supermarketach nie ma chleba ani piwa. I jak my mamy zyc? :D a centrum handlowe zrobilo na mnie spore wrazenie, wcale nie odstaje od takich jakie my mamy, powiedzialabym, ze nawet wrecz przeciwnie. I co jeszcze? Ach, na wejsciu jakis chlopak wreczyl mi ulotke. Jak w domu!!! Normalnie poczulam sie jak w domu.

c.d.n.

J.ustka

Monday, March 24, 2008

Dotarlam!!!

No i tak. Lot minal calkiem sprawnie. Mialam troche wiecej szczescia niz Maciek i nie musialam czekac doby w Paryzu przez to, ze samolot z Polski sie opoznil. U mnie sytuacja wygladala tak: Samolot z Polski wylecial jakies 20 minut po czasie (co za niespodzianka!) i bylam pewna, ze sytuacja sie powtorzy, bo przeciez niemozliwym bedzie przedostac sie z terminalu 2b do 2e
(po calkiem innej stronie), przejsc przez wszystkie kolejki i bramki w pol godziny. Ech... Na szczescie na sam koniec lotu oglosili, ze osoby lecace do Bombaju, New Delhi i gdzies jeszcze maja sie zglosic po wyladowaniu do spejalnie podstawionego busa. Wsiedlismy, cala trase przejechalismy w 5 minut a nie ponad 20 jak jezdzi autobus, wysiedlismy i bardzo mily pan w bardzo zoltej kamizelce przeprowadzil nas bocznymi drogami, zebysmy nie stali w kolejkach. No wiec udalo sie! Pozniej tylko 3 filmy, mala drzemka i jestem w Bombaju!
Na przywitanie zostalam pokolorowana... U nas smingus dyngus - u nich Holi. Przypadlo akurat w Wielka sobote. Ludzie sie ciesza i biegaja z kolorowymi proszkami i woda i maluja sie nawzajem. Niektorym praktykantom do tej pory nie udalo sie wszystkiego zmyc...
W niedziele poszlismy do kosciola. Oczywiscie sie spoznilismy i tak naprawde postalismy jakies 10 minut tam. Msza prowadzona byla po angielsku. Pozniej poszlismy na Wielkanocne sniadanie... My ugotowalismy zurek z proszku dodajac jajka i kawalek kielbaski.Ami z Filipin zrobila kurczaki, Mindo z Litwy jakies danie z cebula, kalafiorem i miesiem a Mary Ellen salatke owocowa. Iscie tradycyjne sniadanie :)
W Bomabaju praktykantow jest sporo, ile dokladnie - nie wiem, ale wynajetych jest dla nich chyba 5 czy 6 mieszkan. W tym, w ktorym obecnie jestesmy jest jeszcze 4 innych praktykantow, w tym jedna Polka. Mieszkamy w Sagar City. Jak to okreslil nasz kolega Piotr Z. - na samym srodku slumsow. I rzeczywiscie, dokola nas jest ich sporo, natiomiast nasz blok zdecydowanie wyroznia sposrod otoczenia. Mieszkanie jest calkiem calkiem. W Polsce standardowo jak sie wchodzi jest przedpokoj a z niego wejscia do pokoi, lazienek, kuchni. Tutaj na wejsciu jest duzy pokoj i dalej taki przedpokoj (a moze raczej zapokoj?), z ktorego jest wejscie do kuchni, lazienki i dwoch innych pokoi. I jeszcze za jednym z pokoi jest druga lazienka. Jedna lazienka jest kontynentalna, druga subkontynentalna - roznia sie oczywiscie toaleta :D 
Wczoraj wieczorem pozegnalismy jeszcze Christiana z Niemiec, bo wlasnie skonczyl praktyke i przyszlo sporo praktykantow. Generalnie wzbudziłam niezla sensacje. Nie wiem co Maciek o mnie mowil, ale kazdy chcial mnie poznac. W pewnym momencie jak akurat Macka nie bylo przyszła jedna dziewczyna z Niemiec i zapytała "a widzieliscie juz dziewczyne Macka", wszyscy spojrzeli na mnie i bylo sporo smiechu. Pozniej Mindo zadawal to pytanie kazdej osobie, ktora wchodziła i czekalismy az zauwazy nowa osobe, czyli mnie. Przez chwile czulam sia jak taka malpka w cyrku ale oprocz tego bylo fantastycznie :)
Dzisiaj lany poniedzialek. Maciek poszedl do pracy. Ja przeszlam sie po okolicy i teraz Wam cos pisze. Mozliwe, ze jutro bede miala rozmowe w sprawie praktyki. I jesli tylko zmieni sie moja sytuacja to dam znac. Narazie zabiore sie za pisanie prac zaliczeniowych i tej takiej co po niej magistrem zostane.
Na dzisiaj koniec :) Dziekuje za uwage.
J.ustka

P.S.
Wrzucilam kilka zdjec na picasaweb.google.com/justyna.drozdowska

Widac czesc mieszkania, widok z okna, nasz blok i kilka innych ujec. Pozniej bedziemy wrzucac wiecej.