Wednesday, October 8, 2008

slub, slub, zaskoczenie normalnoscia i napizdzanie w bembny

Od ostatniego posta minelo troszke czasu.

Najpierw pojechalismy do Polnocnego Goa z Jasiem, Aga i Mackiem. No, fajnie bylo choc przyznam ze goa przed sezonem i w trakcie sezonu to dwa rozne miejsca. Przed sezonem trafilismy na naszej plazy na 1 otwarty bar (Vagator). Podobnie zreszta bylo na Anjuna Baga/Calangute... Musze tez powiedziec, ze w poludniowym Goa znacznie bardziej mi sie podobalo (poprzednim razem) i nie jest to zasluga wylacznie sezonu ale napewno tez uksztaltowania terenu no i... na poludniu jest mniej ludzi, jest mniej skomercjalizowane, nikt sie do ciebie nie przyczepia... Ale i tak bylo bardzo fajnie. Szczegolnie ze trafilismy na Vagator na bardzo fajny bar- jedzenie bylo wysmienite i bylo tez dosc tanio (jak to w Goa). Plaza Vagator zaslynela (czy moze Goa zaslynelo dzieki plazy Vagator) z racji wariackich imprez na plazy. Przed sezonem jednak bylo spokojnie a hipisi dopiero zaczynali sie tam zjezdzac. Niestety, plaza jest skalista i jest malo miejsc do kapieli (choc kilka jest), wiec do Palolem sie nie umywa.

Jas i aga w koncu wrocili do polski, pelni wrazen i przerazen tym jakze dziwnym krajem.

Z waznych rzeczy ktore sie wydazyly przed naszym powrotem do polski, nasi bombajscy przyjaciele zorganizowali nam slub w hinduskim stylu. Bylo po prostu szalenie. Prashant zabral mnie na zakupy zeby kupic kurte. W tym samym czasie Mary Ellen zabrala Justyne na manicure. Zreszta... dzien wczesniej chlopaki zrobili mi wieczor kawalerski i zesmy troche popili, pogadali... fajnie bylo. No, szukalismy tej kurty przez dluugi czas i prashant robil sie spiety (a ja na luzie, nie mialem pojecia o tym ze cos sie szykuje). W koncu znalezlismy piekna kurte i z 1h spoznieniem pojechalismy do domu. W domu wszystko bylo gotowe. Wszyscy juz byli a Justyna byla cala ubrana w Sari i miala na sobie tone bizuterii. Wygladala przepieknie. No coz, pozniej poszlismy na dach gdzie wszystko bylo juz gotowe i bylo kleczenie przed ogniem, chodzenie wokol ognia, malowanie czola, zakladanie naszyjnika, szukanie obraczki w kolorowej wodzie i tluczenie kokosa. Nauczylem sie tluc kokosa! (tzn teraz bede zbijal kokosy...) no i pozniej byla imprezka. Zdjecia wszystkiego sa na facebooku!

Powrot do polski byl zdecydowanie uteskniony ale niestety nie bylo czasu zeby odpoczac. Byl czas na to zeby sie natomiast nacieszyc, przyznam ze nasz slub wyszedl rewelacyjnie. Goscie, tak jak i my, sie swietnie bawili. Udalo nam sie pozniej wyrwac na 1 dzien tylko razem we dwojke, bo poza tym byla masa spraw na glowie (a uroczystosci weselne trwaly do wtorku w sumie... wiec dopiero w okolicach srody udalo mi sie wytrzezwiec), ale w sobote musialem juz leciec.

Najpierw byl Wieden. Piekne miasto. Umowilem sie tam z Marion, kolezanka mojej mamy, ktora sie mna w pelni zaopiekowala. Akurat trwala noc muzeow i do kilku poszlismy. Pozniej pilismy wino i rozmawialismy. Fajnie jest sie umiec dogadac mimo roznicy pokolen... i milo bardzo bylo powspominac nieco. Marion aktualnie poza praca w organizacji pozarzadowej organizuje na przyklad wyprawy kobiet do Nepalu i Tybetu, w upamietnieniu Wandy Rutkiewicz, ktora byla przyjaciolka jej i mojej mamy.

Do Bombaju leci sie ciezkim samolotem. Ciezko jest, bo ludzie zawsze zabieraja z europy duzo nadbagazu. Ciezko jest szczegolnie na duchu, jesli trzeba zostawic ukochana osobe na 6 tygodni w domu. Przed ladowaniem w Bombaju widzialem burze pod samolotem. Niesamowity widok. Troche przerazajacy, szczegolnie jesli leci sie 7km nad ziemia a burza jest 4km nad ziemia, ale nawet teraz, kiedy zamkne oczy, widze przed soba piekne rozblyski piorunow, jeden za drugim, w ciaglej kanonadzie... Z ziemi widac je znacznie rzadziej, kiedy sie leci nad burzowymi chmurami, wyglada to mrugajace swiatla na choince. Jest granatowo-purpurowo-bialo i na takim tle pojawiaja sie rozblyski swiatla.

Pozniej ladowanie. Milo jest spojrzec na bombaj i wiedziec gdzie co jest. O... to worli-bandra sea link... O... to kolaba.... A tutaj gdzies jest Navi mumbai... tutaj jest Mandwa Jetty...

Laduje, cos smierdzi. Na poczatku myslalem ze to cos na pokladzie, dopiero pozniej do mnie doszlo: prezciez jestesmy juz w Bombaju i otworzono drzwi samolotu. Bombaj smierdzi :). Na zewnatrz lotniska czekali na mnie Arjun i Polly. Tym razem wyjscie zajelo mi dluzej bo czekalem na bagaz i musialem go pozniej dac do zeskanowania. Co ciekawe, kiedys po prostu przechodzilem przez security control i nikt mnie nie zatrzymywal... nie wiem do dzis na jakiej zasadzie to dziala.

Zlapalismy riksze z tego miejsca gdzie zawsze, wzielismy ja do domu, w domu byl Qing- popilismy piwo i poszedlem spac zeby wstac do pracy. Wstalem oczywiscie spozniony, wrocilem do biura, tutaj wszystko po staremu....

I w koncu cos mnie uderzylo. Przeciez do tej pory za kazdym razem kiedy tutaj ladowalem, swiat wydawal sie tu byc jakby z innej bajki, jak powierzchnia ksierzyca. Podobnie czulem sie pozniej jadac do polski... bylo jakos tak dziwnie, jakos tak inaczej. A teraz... teraz tak wlasciwie nie czulem roznicy. Ta normalnosc wydala mi sie piorunujaco dziwna. Zdziwilo mnie, ze nie dziwi mnie ze jest tyle smieci wszedzie dookola. Zdziwilo mnie, ze nie dziwie sie na zebrakow, ze potrafie podejsc do rikszarza i powiedziec mu gdzie chce jechac... to, ze we wtorek rano rozmawialem przez 20min z nasza sprzataczka w Hindi (bo ona nie mowi po Angielsku)... to ze pomyslalem sobie 'wreszcie skonczyl sie monsun i jest cieplo wiec w klimatyzacji milo mi sie siedzi'.

Ale dostrzeglem cos jeszcze. Kiedy wyladowalem okazalo sie ze znow napizdzaja na ulicach w bebny, bo jest jakies swieto. Kiedy przyjechalem w tym roku po raz pierwszy, bylo Holi, Wielkanoc i Urodziny Mohameta na raz. Wszyscy swietowali. Pozniej byly swieta narodowe i wszyscy swietowali. Pozniej bylo Ganpati i caly bombaj swietowal. W miedzy czasie byly jeszcze sluby i co tydzien pod naszym domem tlukli w bembny i wyli z glosnikow. Po powrocie jest swieto Durgi, za 3 tygodnie bedzie Divali, festiwal swiatel. Pozniej nastepne swieta narodowe, gwiazdka, nowy rok, wesela wesela wesela...

Mowi sie ze Indie to kraj festiwalow i swiat. Mozna tak powiedziec, ale wychodzic z domu i co 2gi dzien slyszec tluczenie w bembny to co innego. Ciagle, niekonczace sie swieto. Ludzie tanczacy, chodzacy z bembnami po ulicach. Bembniarze tlukacy na ta sama modle. Wirujacy swiat. Moze to jest wlasnie to, co powoduje ze ludzie w tej czesci swiata ciesza sie wzglednie zyciem mimo tego, ze na codzien jest ciezko? A moze to wszystko razem i to ze jest tu tak cieplo pasuja do siebie po prostu, zyja w harmonii?

Czasem rozgladamy sie w biegu i znajdujemy cos nowego. Czasem podrozujemy zeby poznac nowe miejsca. Sa jednak takie zjawiska, ktore mozna zauwazyc i poczuc dopiero kiedy sie nimi przesiaknie, dopiero, kiedy bedzie sie na nie patrzylo przez dlugi dlugi czas. No, bo przeciez w Polsce tez mamy swieta... nawet dosc duzo... ale nie takie... i nie tyle... chociaz podoba mi sie to, ze jak sie bawimy, to bawimy sie naprawde...

Bardzo Tesknie

0 Comments:

Post a Comment

<< Home