Tuesday, June 3, 2008

Mamy internet, wracamy do zycia :)

No i zalozyli nam po tysiacu telefonach i trzech tygodniach czekania. Narazie netu moze uzywac jedna osoba naraz, ale mamy nadzieje, ze to sie niedlugo zmieni :) najwazniejsze ze jest i ze mozemy powoli zaczac odpisywac na listy. Jeszcze musimy sobie sluchawki kupic, zeby moc spokojnie przez skype rozmawiac. No to to juz tylko szczegol jest.

Ostatnio mielismy troche pechowy dzien. Jakis czas temu zamowilismy pizze, ktora przez korki sie spoznila, wiec dostalismy na kolejne zamowienie 50% znizki. Postanowilismy cieszyc sie tym z innymi i zaprosilismy znajomych do nas. Maciek kilka razy dzwonil i sie dowiadywal czy na pewno to bedzie wazne i czy to na cale zamowienie. Oczywiscie odpowiadali, ze tak. No i pechowy wieczor sie zaczal. Najpierw Michelle, dziewczyne z Chin, rikszarz zawiozl gdzies. Pisze gdzies, bo dokladnie nie wiem gdzie. Rikszarz mial ja przywiezc do nad ale zawiozl ja w zle miejsce i powiedzial, ze dalej nie jedzie. Ching pojechal jej szukac i po jakichs 30 minutach znalazl na szczescie. Pozniej jak juz wszyscy byli w domu zamowilismy pizze, taka pizza to niesamowicie dobra odmiana, nawet dla tych, ktorzy lubia indyjskie jedzenie. Maciek zamowil i co sie okazalo? Ze znizka oczywiscie jest wazna, ale na zamowienie do wysokosci 500 rupii, a jako, ze mielismy tu spora grupke to zamowienie wynioslo prawie 3000 rupii. Hmmm, zrezygnowalismy i wyszlismy na poszukiwanie innego miejsca. Kilkanascie bardzo glodnych osob blakalo sie razem z nami po okolicy jakies pol godziny.Kiedy juz zaczynali byc zli w koncu znalazl sie bar, w ktorym byla wystarczajaca ilosc miejsc, zeby nas wszystkich pomiescic. I juz myslelismy, ze pech nas opuscil, ale... i tu mala dygresja. W Bombaju jest mnostwo bezpanskich psow, rowniez na naszym osiedlu. Sa brudne, zaniedbane, nigdy nie szczepione, ale niegrozne. Leza sobie spokojnie, czasami warkna, ale generalnie sa bardzo mile i nic nie robia. Koniec dygresji, wracam do opowiesci. Po kolacji wracalismy do domku na skroty. Na drodze lezalo jakies 5 psow obok siebie. Zaczely warczec, ale spokojnie przechodzilismy. W poblizu stala tez grupka mlodych hindusow. Chcieli nam pomoc, wiec zaczeli rozganiac psy i ktorys z nich kopnal jednego psa. I to byl blad, bo pies postanowil sie zemscic i ugryzl Chinga w noge. Generalnie wieczor skonczyl sie o 2 w nocy wizyta w szpitalu. Ching dostal serie zastrzykow i nic mu nie bedzie. Ale najedlismy sie troche strachu...

Co jeszcze? Asha sie w koncu wprowadzila. Dostalismy reszte mebli. Zycie w budybku Silver Jade zaczyna nabierac normalnych ksztaltow. Asha co prawda za jakies cztery tygodnie wyjezdza do domu na trzy miesiace, ale akurat na ten okres przyjezdza na praktyke jakas dziewczyna z Anglii, wiec spoko.

Ach, no i jeszcze ze spraw technicznych:) nasz komputer oszalal i zachowuje sie tak jakby nie mial baterii. Wystarczy skok napiecia (dosc popularny w Indiach) i komputer jest wylaczony... no ale nic to. Korzystam z laptopa Melon a Maciek wzial naszego, zeby technicy w jego pracy rzucili na niego okiem.

Hmm, no i za trzy tygodnie bedziemy w Polsce. Bardzo sie ciesze. Ale to baaardzo. Dobrze bedzie chociaz przez tydzien pozyc normalnie :) Nie to, zebym jakos specjalnie narzekala. Po prostu milo bedzie (a raczej CUDOWNIE) byc na chwile w domu :)

No to koncze. Jako, ze mamy net bede czesciej teraz pisac. Buziaki ogromne dla Was wszystkich.
c.d.n.

J.ustka

0 Comments:

Post a Comment

<< Home