Wednesday, May 28, 2008

Nasza winda gra Lambade

Brzmi smiesznie, ale to prawda. W bloku, w którym zamieszkalismy niedawno jest winda, która gra Lambade. To taki zabieg, zeby nie zapomniec jej zamknac. Na poczatku nas smieszyla, pozniej strasznie denerwowala a teraz sie przyzwyczailismy i praktycznie jej nie slyszymy. Tylko od czasu do czasu w domu ktos nuci pod nosem ta melodie.
MIESZKANIE
Mieszkamy na 4 pietrze w 3-pokojowym mieszkaniu. Na wejsciu jest salon, ktory rozdzielilismy zaslona, zeby Ching mial troche swojej wlasnej przestrzeni. Pozniej jest kuchnia, z ktorej przechodzi sie do dwoch sypialni i lazienki. Z wiekeszej sypialni przechodzi sie do drugiej lazienki. I tak jak normalnie uwazam, ze przechodnia kuchnia nie jest najlepszym rozwiazaniem to ta mi sie nawet podoba J Mieszkanie jest swiezo odremontowane. Jak sie wprowadzilismy to jeszcze przez jakis tydzien z kawalkiem przychodzili robotnicy, zeby cos poprawiac, montowac i takie tam. Kilka dni temu dostalismy szafe J Szafy sa tutaj calkiem ciekawe. Na poczatku myslalam, ze sie nie przyzwyczaje, ale jakos sie przemoglam. Generalnie szafy sa... pancerne. Nie, nie musicie przecierac oczu – dobrze przeczytaliscie: pancerne. Duze, metalowe, z kluczami i specjalna skrytka w srodku. Szafa wyglada jak taka co trzyma sie w niej wazne dokumenty, ale ma polki i miejsce na wieszaki. Jedno mozna powiedziec na pewno – monsun jej nie zmyje J No chyba, ze bedzie taki jak dwa lata temu i bedziemy ja trzymac na dworzu, ale raczej wolimy ja trzymac w naszym pokoju, wiec spokojnie, nic sie nie stanie.
Generalnie jestesmy zadowoleni. Mamy swoj maly pokoik, w ktorym jest cholernie goraco rano, ale oprocz tego jest bardzo przyjemny i przytulny. Mary Ellen mieszka w wiekszym pokoju z Asha, ktora sie jeszcze nie wprowadzila nie mamy pojeca dlaczego... No i Ching mieszka w salonie. Ekipa niezla, tesknie troche za stara, ale coz... musimy sie przyzwyczaic do tego, ze tutaj co chwile cos sie zmienia. Jedni przyjezdzaja, drudzy wyjezdzaja, inni sie przeprowadzaja itd.
SASIEDZI
Sasiedzi sa bardzo mili. Dzieciaki mowia do nas wszystkich per ciociu i wujku. To mniej wiecej tak jak u nas sie mowi per pan, pani. Oczywiscie wszyscy wiedza kim jestesmy, skad jestesmy, jak mamy na imie. Czasami slyszymy „Hi Maciek” od osob, ktore widzimy pierwszy raz na oczy J mojego imienia narazie nie moga zapamietac, corki sasiadow pytaly sie juz kilka razy i juz zaczely przepraszac, ze nie pamietaja. No mi to wcale nie przeszkadza, moze przeszkadzaloby mi gdybym ja zapamietala ich imiona, a tak to jestesmy w podobnej sytuacji J Kilka dziewczynek zapamietalo moje imie i sa bardzo z tego dumne. Skutek jest taki, ze nie sa sie wyjsc z domu nie slyszac gdzies swojego imienia. Ogolnie sasiedzi usmiechaja sie do nas, wlasciciel mieszkania wpada czasami z jakims, zeby nam go przedstawic i takie tam. Czujemy sie tu znacznie bardziej komfortowo. Przyjemnie jest wiedziec, ze sasiedzi akceptuja nas, bo nie wszedzie tak jest.
INTERNET
Internetu nadal nie mamy. Maciek sie juz troche wkurza. Gdzie przez troche rozumiem z dnia na dzien coraz bardziej. I trudno mu sie nie dziwic. Po pierwsze zeby miec internet trzeba wypelnic formularz... przez internet J no dobra, zrobil to w pracy. Pozniej sie czeka na zaakceptowanie. Za pierwszym razem odrzucono prosbe mowiac, ze w tej okolicy nie obsluguja a my bardzo dobrze wiemy, ze w dwoch biurach na dole w naszym budynku jest internet... okazalo sie, ze cos z kodem bylo zle wpisane. Ale wiecie co? Nie mozna tego przeprawic tylko trzeba wypelniac wszystko od nowa i czekac na nowa decyzje. Pozniej to nie oni dzwonia czy pisza czy cokolwiek, trzeba do nich dzwonic kilka razy i sie dowiadywac. Juz nie bede przytaczac rozmow, ktore Maciek z nimi przebyl. Powiem tylko, ze byly lekko absurdalne i kiedy znowu po kilku dniach zadzwonil powiedzieli mu, ze prosba jednak jest odrzucona ale nie potrafia powiedziec dlaczego i nie moga przelaczyc do osoby, ktora ta decyzje podjela. Znowu cos mowili o tym, ze tego rejonu nie obsluguja. Ha! No wiec zrezygnowal z zalatwiania tej sprawy sam i poprosil mnie, zebym zeszla do wlasciciela naszego mieszkania i poprosila go o pomoc w tej sprawie: jakis kontakt, moze zeby on zalozyl na siebie internet. I co? Schodzac na dol natknelam sie na kolesia roznoszacego ulotki zgadnijcie ktorej firmy i co oferujace :D ech. Jeden wielki absurd. Suma sumarum internet bedziemy mieli za kilka dni, ale i tak z pomoca Vitrusa (wlasciciel mieszkania), bo od nas jako, ze jestesmy obcokrajowcami wymagaja stosu dokumentow. No niewazne. Kolejne starcie za nami. Juz niedlugo bede mogla odpisac na wszystkie maile J
A to co teraz czytacie napisalam w domu i wysylam z kawiarenki. Nie lubie spedzac tu za duzo czasu, bo miejsca przy kompie jest tyle, ze ledwo sie mieszcze, monitor mam jakies 15 cm przez twarza a klawiature tuz przy sobie, no i jeszcze krzeslo z jednej strony stoi wyzej niz z drugiej. Musze przyznac, ze nie jest to najwygodniejszy sposob spedzania czasu.
KONCERT
W sobote poszlismy na koncert. Dowiedzielismy sie o nim dzien wczesniej. Do Bombaju przyjechal kwartet smyczkowy z Polski. Po znajomosci dostalismy wejsciowki. Wystroilismy sie, na wejsciu jakis starszy pan (Hindus), ktory wchodzil przed nami odwrocil sie i powiedzial „dobry wieczor”, weszlismy a tam... spokoj, chlodno, ale nie zimno i piekna muzyka. Jak nie Indie. Poczulam sie cudownie, taka oaza spokoju J raz na jakis czas jest to naprawde bardzo potrzebne. Takie doladowanie baterii, zeby miec sile do walki , o przepraszam, do zycia tutaj J
A.J.
To chlopak Melon (Mary Ellen). Hindus z Goa. Ma trzech braci i dwie siostry. Razem prowadza interes. Salon tatuazu i kolczykowania sie w roznych miejscach. Z tego co wiem to sa bardzo znani w Indiach. Maja 4 sklepy w Bombaju i dwa w innych miastach i ponoc jeszcze jeden w Bangkoku. Tlumy ludzi przychodza do nich codziennie. Sama bylam swiadkiem. Generalnie cale rodzenstwo jest bardzo sympatyczne. Najmlodszy ma dluuugie dredy w roznych kolorach i wyglada chyba najlepiej ze wszystkich. Chlopak Melon jest dosc nietypowym widokiem. Chlopaki wychodza z zalozenia, ze powinni byc reklama swojego biznesu. A.J. reklamuje ta czesc kolczykowa. Ma trzy kolczyki w nosie, nie wiem ile w uszach, w jezyku, nawet gdzies na dziasle (jak sie usmiecha to tak zwisa mu akurat na zebach) i nie chce wiedziec gdzie jeszcze. I nie mam nic przeciwko tatuazom i kolczykom, ale jesli nie jest to przesadzone... ech. No, ale chlopaki maja powodzenie i ciesza sie z tego co robia a to chyba najwazniejsze jest. A wiecie co jest najfajniejsze w tej rodzince? Ich mama. Ich mama siedzi w jednym ze sklepow i zarzadza wszystkimi papierami i kasa. Wyglada jak taka typowa starsza babka tutaj. Kolorowe sari, szare wlosy, sporo zlota, kropka na czole, mily usmiech. Jakby sie ja spotkalo na ulicy to w zyciu by czlowiek nie pomyslal, ze ta kobitka urodzila zgraje wariatow i do tego pracuje razem z nimi.

Ogólnie to wszystko gra. Pozegnalismy Amy i Mindo. Troche nam smutno, bo zdazylismy sie z nimi zzyc. Ale Amy przeprowadza sie za kilka miesiecy na Litwe, wiec pewnie znajdziemy jeszcze okazje do spotkania sie. Poza tym zaprosilismy ich na slub i mamy nadzieje, ze przyjada to wtedy ich poznacie. To ja koncze na dzisiaj. Justka.

c.d.n.

0 Comments:

Post a Comment

<< Home