Goa
No wiec tak. Wrocilismy baaardzo wypoczeci i zadowoleni. Ale zacznijmy od poczatku.
W tamta strone jechalismy autobusem. Przygoda z autobusem zaczela sie jeszcze przed wyjazdem. Bilet kupilismy juz wczesniej. Na bilecie bylo napisane skad odjezdzamy... ale bylo to tak napisane, ze tak naprawde nie bylo wiadomo. Po prostu byl jakis punkt, ktory pewnie przez ludzi mieszkajacych tu jest znany ale co z tego. Zadnego adresu. Ech. No to dzwonie do biura, z ktorego Maciek zamowil bilet i mowie, ze wyjezdzam dzisiaj do Goa o 9.20 i chcialabym wiedziec gdzie ten autobus podjezdza. Rozmowa wygladala tak:
-kiedy wyjazd?
-dzisiaj
-kiedy wyjazd?
-dzisiaj
tak ze trzy razy jeszcze i w koncu pan:
-A! dzisiaj. Dzisiaj wolne miejsca sa tylko o 11.
-Ale ja mam juz bilet. Jade o 9.20. chcialabym wiedziec skad odjezdza autobus.
-o 9.20 nie ma juz miejsc. sa o 11.
-wiem. Ja juz mam bilet.
-ma pani?
-mam.
-na kiedy?
(!!!!!!!!!!!!!!)
Rozmawialam z nim kilka minut. Pan nie znal angielskiego i podejrzewam, ze wylapywal pojedyncze slowka :D w koncu dal mi kogos innego do telefonu. Z tym kims innym przeszlam podobna rozmowe, tylko troche krotsza :) i ten ktos poprosil jeszcze jedna osobe a ona dala mi inny numer. Pod innym numerem musialam chwile poczekac. Pan dobrze wiedzial o co mi chodzi ale ja za cholere nie moglam go zrozumiec :D powiedzialam Mackowi co zrozumialam i zeby on zadzwonil jeszcze sie upewnic, bo ja nie mam zamiaru juz z zadnym hindusem dzisiaj rozmawiac!
Dowiedzielismy sie. Poszlismy. Autobus sie spoznil, ale tylko pol godzinki, wiec nie tak zle jak na Indie.
W autobusie dwa pietra miejsc lezacych. Takie podwojne lozka. Jak jedziesz sam to nigdy nie wiesz z kim bedziesz spac. Straszne! Nasze bylo na samym brzegu. Usiedlismy. Super wygodnie, mozna siedziec, mozna lezec. Torba tez sie zmiesci. Super. Patrzymy a taka pani po 50tce wdrapuje sie na gore, Maciek na nia spojrzal i mowi "to moze sie zamienimy, dla nas nie ma znaczenia czy musimy wchodzic na gore czy nie". No wiec sie zamienilismy... dobry uczynek :) ale chyba wiecej sie na to nie zdecyduje. Na gorze to mozna bylo tylko lezec... nie radzilabym jechac komus z klaustrofobia... hindusi to mali sa i przyzwyczajeni do sciku to dla nich roznicy wiekszej nie ma... nastepnym
razem lozko tylko na dole! :)
Autobus spoznil sie jakies 3 godzinki, wiec jechalismy tak 13 godzin.
Przesiedlismy sie do autobusu miejskiego, bo plaza na ktora jechalismy byla jeszcze 40 km dalej.
Dotelepalismy sie strasznie zmeczeni... Ale wystarczylo jedno spojrzenie na plaze i cale zmeczenie
jak reka odjal. Wynajelismy domek, taka mala chatke praktycznie na plazy. Amy i Mindo mieli
blizej, bo wzieli pierwszy z brzegu domek... a my drugi. Warunki nie jakies luksusowe, ale lozko,
lazienka, dach nad glowa i drzwi z zamkiem byly. Za trzy noce zaplacilismy 800 rupii, czyli jakies
55 zl.
W Goa jest juz po sezonie, wiec plaza byla praktycznie pusta. Krecilo sie troche ludzi, ale jak
porownuje to do tego co sie dzieje na plazy w Ustce to po prostu nie ma porownania. Woda
cieplutka ale strasznie slona, wiec jak chlapnela w oczy to nieprzyjemnie szczypalo. Na plazy
knajpki jedna za druga. Wszystko tanie, oprocz rybek i innych stworzen morskich. Ale i tak sie
skusilismy. Generalnie dni nam uplynely na siedzeniu na plazy, czytaniu ksiazek, piciu piwka,
chowaniem sie przed sloncem, jedzeniu itd
Udalo nam sie nawet spotkac polakow i spedzic z nimi jeden wieczor :)
Co prawda w planie mielismy jeszcze przejechanie sie do starego goa i pozwiedzanie troche,
ale nam sie nie udalo. I chcielismy zobaczyc delfiny. Aga mowila, ze wystarczy przejsc sie na
wyspe, ktora jest bardzo blisko, tylko trzeba poczekac na odplyw, zeby moc tam dojsc...
oczywiscie jak sie wybralismy to byl juz przyplyw i nie udalo nam sie.
Ale przynajmniej mamy pretekst, zeby pojechac tam jeszcze raz. Zdecydowanie to zrobimy :)
Nasi znajomi poszli sobie na impreze "cicho-glosna". Wchodzac na taka impreze dostaje sie
sluchawki i wszyscy bawia sie ze sluchawkami na uszach. Nie przekonuje mnie to w ogole... ale
byli tacy co im sie podobalo... poza tym taka impreza kosztuje 500 rupii za wejscie i jeszcze
500 trzeba dac kaucji na sluchawki. Troszeczke przesada.
Wrocililsmy samolotem. I o dziwo sie nie spoznil. Ani minuty. Slyszalam, ze to niemozliwe, bo
zawsze sa opoznienia... a tu prosze :) udalo sie tak, ze Maciek jeszcze zdazyl na spotkanie do
pracy. :)
No i w sumie tyle :) bylo bardzo ale to bardzo fajnie. Skoro Maciek, ktory nie przepada za
plazowaniem wrocil zadowolony to innym tez na pewno by sie spodobalo. Zachecam :)
Zaraz wrzuce kilka zdjec :)
c.d.n.
J.ustka

4 Comments:
buheheh "ale ja mam juz bilet" - tak a na kiedy? :D
April 9, 2008 11:34 AM
ZuzuÅ›, a jak mieszkaniowy galimatias?
April 10, 2008 2:31 AM
Narazie bez wiekszych zmian. Nadal jestesmy w salonie, ale udalo nam sie wykombinowac wiekszy materac, wiec troche wygodniej jest przynajmniej :) Aga wyjezdza na tydzien to zajmiemy jej pokoj wtedy. I bedziemy kombinowac co dalej. Moze przeprowadzimy sie do mieszkania w innej dzielnicy. A moze zostaniemy i poczekamy az ktos sie wyprowadzi. Problem jest tylko taki, ze wszyscy co tu sa to w czerwcu dopiero koncza praktyki. No ale zobaczymy. Jak cos wiecej sie zmieni to dam znac.
April 10, 2008 9:32 PM
Wiem, że nie powinnam tak pisać, ale w takim razie trzymam kciuki i mam tyci nadzieję, że może ktoś stwierdzi, że chce wcześniej zakończyć praktykę i tym sposobem zajmiecie jego pokój:)
April 11, 2008 4:52 AM
Post a Comment
<< Home