Friday, July 4, 2008

pobyt w Polsce i znowu Indie

Przylecielismy jakos w poludnie. Mojej mamy mialo nie byc, ale zrobila mi mila niespodzianke i przyjechala na kilka godzin do Warszawy tylko po to, zeby sie ze mna przywitac. Ucieszylam sie ogromnie :) byla razem z mama Macka oczywiscie :) no i do tego takie trzy wariatki sie pojawily i przywitaly mnie "chlebem i sola na tej polskiej ziemi", przy czym trzymaly w rekach kajzerke i solnicze, ach no i jeszcze transparent "Welcome our Indian friends". No, przywitanie w sumie przemile i przewspaniale!! Dziekuje bardzo w imieniu wlasnym i Macka :)

Te kilka dni minelo nam jak z bicza strzelil. Co chwile gdzies jezdzilismy, spotykalismy sie, zalatwialismy. I jak to zwykle bywa nie wszystko udalo nam sie zalatwic ale na szczescie mamy tak wspanialych rodzicow, ze nam we wszystkim pomagaja. Caly tydzien byl troche meczocy. Owszem, milo bylo sie ze wszystkimi spotkac, ale zalujemy, ze tak w biegu. Ze nie udalo nam sie wszedzie na dluzej usiasc, poopawiadac wrazenia i wypytac co u naszej rodzinki  i przyjaciol. Mackowi udalo sie obronic na piateczke i jestem z niego strasznie dumna. Ogolnie bylo super. Moze i w biegu, ale cudownie bylo przyjechac na chwile do Polski.
Dziekuje wszystkim przy okazj za milo spedzony czas.

A tutaj bez wiekszych zmian. Znowu ludzie powyjezdzali i znowu nowi przyjechali. Teraz na przyklad chwilowo mieszka z nami Maria z Polski. Jak przyleciala zapomnieli jej odebrac z lotniska i do tego okazalo sie, ze nie ma gdzie mieszkac za bardzo. Na szczescie sprawa jest juz rozwiazana i mieszkanie juz sie znalazlo dla niej i kilku nowych osob, ktore przylatuja w ten weekend.

Na Macka w pracy czekali oczywiscie z ustesknieniem :) no i teraz zawalony jest robota. Maria, jako że pracuje z domu to siedzi tutaj ze mna. Przyszedl wczoraj pracownik naszego sasiada, ktory pracowal w naszym mieszkaniu w czasie remontu. Zadzwonil a jak otworzylam to wszedl praktycznie bez slowa pokazujac cos na kuchnie... pozniej wyszedl przez okno, cos zmierzyl, wrocil do mieszkania przez to samo okno i wyszedl. Pol godziny pozniej znowu przyszedl. Tym razem z czyms co przypominalo zmatowiona szybe, ale bylo elastyczne. I tak kilka razy. Pozniej cos cial, przyczepial, zaczepial, wiercil i tak dalej. A za ostatnim razem przyszedl z innym hindusem, ktory sie nawet nie przywital, spojrzal na to co tamten zrobil i wyszli... Za oknem w kuchni powstala taka dziwna scianka. Jak Maciek wrocil to sie wyjasnilo o co chodzilo. Rozmawial z wlascicielem naszego mieszkania i ten powiedzial, ze nasi sasiedzi sie wstydzili do nas przyjsc i nam powiedziec (szczegolnie, ze maja problemy z angielskim) ale bardzo przeszkadza im to, ze ktos u nas pali. Jako, ze nasze okna sa do ich okien prostopadle tak, ze mozemy do siebie zagladac to jak ktos pali to to leci do nich. Pewnie Vitrus (wlasciciel mieszkania) poprosil, zeby postawic taka scianke miedzy naszymi oknami, ale jak zwykle nikt nas nie uprzedzil, ze cokolwiek bedzie sie dzialo... tak to juz bywa :) No nie powiem, zeby mi przeszkadzala ta scianka, bo czuje sie swobodniej wiedzac, ze nie bedziemy na siebie ciagle wpadac wzrokiem z sasiadami ale z tym wyczuleniem na papierosy chyba przesadzaja. Pala Ching i Maria. My z Mackiem nie palimy i praktycznie nie odczuwamy tego, ze ktos w domu pali, bo zwykle odbywa sie to przy oknie (po przeciwnej stronie niz mamy sasiadow) a im to przeszkadza... no, moze po prostu sie przyzwyczailismy i juz tego tak nie zauwazamy. Suma sumarm wczoraj wpadl do nas Hindus, zrobil scianke i sobie poszedl. Przy okazji szafke w kuchni naprawil :D

Takie to zycie w Indiach pelne niespodzianek.

c.d.n.

Wednesday, June 18, 2008

we wtorek (24.06.2008) o godz. 12.30

Maciej Starzyk wejdzie do sali egzaminacyjnej na obrone swojej pracy magisterskiej :) Trzymajcie mocno kciuki :)

Przylatujemy w sobote kolo poludnia. I zostaniemy do poniedzialku (30.06). Cieszymy sie na ten przyjazd. Bardzo sie cieszymy :)

A tutaj ostatnio caly czas zmiany... osobowe. Dwa, trzy razy w tygodniu zegnamy jakas osobe. Nowe osoby przyjezdzaja. Powoli cala ekipa zaczyna sie zmieniac. Z niektorymi zegnamy sie bez wiekszych emocji, ale jak na przyklad wyjezdzal Hoosang czy Mindo z Amy to czulam sie jak na koniec letnich kolonii kiedy bylam mala. Lezka w oku i uczucie, ze nie wiem czy kiedys ich jeszcze zobacze. Moze sie uda, moze nie. I mysli, ze teraz to nie bedzie tu tak samo. No, na pewno nie bedzie tak samo. Mindo jak wyjezdal oddal nam glosniki i powiedzial, ze dostal je od praktykantow, ktorzy wyjezdzali i my jak bedziemy wyjezdzali tez je komus damy mowiac, ze dostalismy je od praktykantow, ktorzy tu kiedys byli. Nikt nie bedzie mial pojecia kim byli Amy i Mindo i cala reszta, ktora tu byla i pokazywala nam jak zyc w Bombaju... no ale nic to. Teraz trzeba nowym osobom pokazac co i jak sie tutaj zalatwia :) Przez ostatnie dwa tygodnie przyjechaly dziewczyny z Wegier, Tunezji i Holandii i chlopaki z Niemiec i Anglii, wiec miedzynarodowo jest caly czas :) A najsilniejsze reprezentacje maja Niemcy:5; Polska:3; Chiny:3; Kanada:3.

W weekend poszlismy pozwiedzac troche Mumbai. Meczet na wodzie, do ktorego idzie sie po takim betonowym falochronie (jak molo w Ustce) i do ktorego maja wstep wszyscy bez wzgelu na plec i wyznanie, co jest calkiem ciekawe. Bylismy w Swiatyni Mahalaxmi, gdzie ludzie skladaja w ofierze slodycze, kwiaty, kokosy. I jak mi o tym powiedziano to myslalm, ze pewnie lezy pare rzeczy wokol posazkow, ale to co zobaczylam bardzo mnie zdziwilo. Weszlismy tam w mniej uczeszczanych godzinach a przede mna bylo jakies 50 osob i kazdy trzymal kosz z ofiarami a bylam w srodku tylo 5 minut. Co chwile ktos przychodzil. Zastanawiam sie tylko co oni z tym wszystkim robia wieczorem, jak juz zamkna wejscie... Oczywiscie trzeba bylo zdjac buty i zostawic je przed wejsciem. Maciek mial w plecaku druga pare i kazali mu je tez zostawic. Wiec to nie jest tylko kwestia wchodzenia na boso, tylko nie wnoszenia obuwia do srodka. Ciekawe, musze sie gdzies o to podpytac. A sama swiatynia jest tak popularna, bo lezy nad samym morzem i wierzy sie, ze to dzieki niej wybrzeze nie jest zalewane. Legenda glosi, ze Brytyjczycy budowali mury, zeby powstrzymac wode, ale kazdy mur byl za slaby i po jakims czasie ustepowal wodzie. Dopiero kiedy wybudowali swiatynie to morze przestalo zalewac lad.
Na tym nasze zwiedzanie sie skonczylo. Nastepnym razem kolejne dwie rzeczy i tak powoli powoli bedziemy znali caaaly Mumbai.

No to koncze. Do zobaczenia juz niedlugo!!

Wednesday, June 11, 2008

No i leje...

Zaczelo sie na dobre. Jakis tydzien temu spadl deszcze wieczorem i myslelismy, ze znowu popada w nocy i przestanie na nastepny dzien. A tu niespodzianka. Od tamtej pory leje z malymi przerwami tylko。Wrzucilam kilka zdjec zebyscie zobaczyli mniej wiecej jak to wszystko wyglada。 Chodzi sie po wielkich kaluzach。 Bez parasola nie radzimy wychodzic。Kolejka czasami nawet nie chodzi,bo tory sa zalane。Narazie nie doswiadczylismy przerwy w dostawie pradu,ale za to w niektorych miejscach systemy siadaja przez deszcze i nie da sie zalatwic spraw zwiazanych z niedzialajaca komorka,czasami nie ma inetrnetu i takie tam。Poza tym jeszcze jakies trzy miesiace deszczow przed nami。
Zaopatrzylismy sie w jakies puszkowane jedzenie,swieczki i dodatkowa wode。Jakby co bedziemy mogli spedzic kilka dni w domu, a slyszelismy ze czasami nie da sie wyjsc na zewnatrz,dostawy nie dzialaja a sklepy sa pozamykane。。。 jeszcze musimy kupic jakies kalosze i bedziemy przygotowani na wszystko。Generalnie to planowalismy to zrobic przed pora monsunowa,ale wszyscy mowili ze mamy jeszcze przynajmniej dwa tygodnie。Mam nadzieje ze jak przylecimy do Polski na te kilka dni to nie zacznie akurat padac。。。
Koncze na dzisiaj。 Jako ze nasz komp sie calkiem zepsul to pozyczylam laptopa od Chinga i nie do konca moge nad nim zapanowac。Co chwile wyskakuja mi chinskie litery i musze pisac niektore slowa kilka razy zeby udalo sie napisac cos bez nich :D
buziaki

Tuesday, June 3, 2008

Mamy internet, wracamy do zycia :)

No i zalozyli nam po tysiacu telefonach i trzech tygodniach czekania. Narazie netu moze uzywac jedna osoba naraz, ale mamy nadzieje, ze to sie niedlugo zmieni :) najwazniejsze ze jest i ze mozemy powoli zaczac odpisywac na listy. Jeszcze musimy sobie sluchawki kupic, zeby moc spokojnie przez skype rozmawiac. No to to juz tylko szczegol jest.

Ostatnio mielismy troche pechowy dzien. Jakis czas temu zamowilismy pizze, ktora przez korki sie spoznila, wiec dostalismy na kolejne zamowienie 50% znizki. Postanowilismy cieszyc sie tym z innymi i zaprosilismy znajomych do nas. Maciek kilka razy dzwonil i sie dowiadywal czy na pewno to bedzie wazne i czy to na cale zamowienie. Oczywiscie odpowiadali, ze tak. No i pechowy wieczor sie zaczal. Najpierw Michelle, dziewczyne z Chin, rikszarz zawiozl gdzies. Pisze gdzies, bo dokladnie nie wiem gdzie. Rikszarz mial ja przywiezc do nad ale zawiozl ja w zle miejsce i powiedzial, ze dalej nie jedzie. Ching pojechal jej szukac i po jakichs 30 minutach znalazl na szczescie. Pozniej jak juz wszyscy byli w domu zamowilismy pizze, taka pizza to niesamowicie dobra odmiana, nawet dla tych, ktorzy lubia indyjskie jedzenie. Maciek zamowil i co sie okazalo? Ze znizka oczywiscie jest wazna, ale na zamowienie do wysokosci 500 rupii, a jako, ze mielismy tu spora grupke to zamowienie wynioslo prawie 3000 rupii. Hmmm, zrezygnowalismy i wyszlismy na poszukiwanie innego miejsca. Kilkanascie bardzo glodnych osob blakalo sie razem z nami po okolicy jakies pol godziny.Kiedy juz zaczynali byc zli w koncu znalazl sie bar, w ktorym byla wystarczajaca ilosc miejsc, zeby nas wszystkich pomiescic. I juz myslelismy, ze pech nas opuscil, ale... i tu mala dygresja. W Bombaju jest mnostwo bezpanskich psow, rowniez na naszym osiedlu. Sa brudne, zaniedbane, nigdy nie szczepione, ale niegrozne. Leza sobie spokojnie, czasami warkna, ale generalnie sa bardzo mile i nic nie robia. Koniec dygresji, wracam do opowiesci. Po kolacji wracalismy do domku na skroty. Na drodze lezalo jakies 5 psow obok siebie. Zaczely warczec, ale spokojnie przechodzilismy. W poblizu stala tez grupka mlodych hindusow. Chcieli nam pomoc, wiec zaczeli rozganiac psy i ktorys z nich kopnal jednego psa. I to byl blad, bo pies postanowil sie zemscic i ugryzl Chinga w noge. Generalnie wieczor skonczyl sie o 2 w nocy wizyta w szpitalu. Ching dostal serie zastrzykow i nic mu nie bedzie. Ale najedlismy sie troche strachu...

Co jeszcze? Asha sie w koncu wprowadzila. Dostalismy reszte mebli. Zycie w budybku Silver Jade zaczyna nabierac normalnych ksztaltow. Asha co prawda za jakies cztery tygodnie wyjezdza do domu na trzy miesiace, ale akurat na ten okres przyjezdza na praktyke jakas dziewczyna z Anglii, wiec spoko.

Ach, no i jeszcze ze spraw technicznych:) nasz komputer oszalal i zachowuje sie tak jakby nie mial baterii. Wystarczy skok napiecia (dosc popularny w Indiach) i komputer jest wylaczony... no ale nic to. Korzystam z laptopa Melon a Maciek wzial naszego, zeby technicy w jego pracy rzucili na niego okiem.

Hmm, no i za trzy tygodnie bedziemy w Polsce. Bardzo sie ciesze. Ale to baaardzo. Dobrze bedzie chociaz przez tydzien pozyc normalnie :) Nie to, zebym jakos specjalnie narzekala. Po prostu milo bedzie (a raczej CUDOWNIE) byc na chwile w domu :)

No to koncze. Jako, ze mamy net bede czesciej teraz pisac. Buziaki ogromne dla Was wszystkich.
c.d.n.

J.ustka

Wednesday, May 28, 2008

Nasza winda gra Lambade

Brzmi smiesznie, ale to prawda. W bloku, w którym zamieszkalismy niedawno jest winda, która gra Lambade. To taki zabieg, zeby nie zapomniec jej zamknac. Na poczatku nas smieszyla, pozniej strasznie denerwowala a teraz sie przyzwyczailismy i praktycznie jej nie slyszymy. Tylko od czasu do czasu w domu ktos nuci pod nosem ta melodie.
MIESZKANIE
Mieszkamy na 4 pietrze w 3-pokojowym mieszkaniu. Na wejsciu jest salon, ktory rozdzielilismy zaslona, zeby Ching mial troche swojej wlasnej przestrzeni. Pozniej jest kuchnia, z ktorej przechodzi sie do dwoch sypialni i lazienki. Z wiekeszej sypialni przechodzi sie do drugiej lazienki. I tak jak normalnie uwazam, ze przechodnia kuchnia nie jest najlepszym rozwiazaniem to ta mi sie nawet podoba J Mieszkanie jest swiezo odremontowane. Jak sie wprowadzilismy to jeszcze przez jakis tydzien z kawalkiem przychodzili robotnicy, zeby cos poprawiac, montowac i takie tam. Kilka dni temu dostalismy szafe J Szafy sa tutaj calkiem ciekawe. Na poczatku myslalam, ze sie nie przyzwyczaje, ale jakos sie przemoglam. Generalnie szafy sa... pancerne. Nie, nie musicie przecierac oczu – dobrze przeczytaliscie: pancerne. Duze, metalowe, z kluczami i specjalna skrytka w srodku. Szafa wyglada jak taka co trzyma sie w niej wazne dokumenty, ale ma polki i miejsce na wieszaki. Jedno mozna powiedziec na pewno – monsun jej nie zmyje J No chyba, ze bedzie taki jak dwa lata temu i bedziemy ja trzymac na dworzu, ale raczej wolimy ja trzymac w naszym pokoju, wiec spokojnie, nic sie nie stanie.
Generalnie jestesmy zadowoleni. Mamy swoj maly pokoik, w ktorym jest cholernie goraco rano, ale oprocz tego jest bardzo przyjemny i przytulny. Mary Ellen mieszka w wiekszym pokoju z Asha, ktora sie jeszcze nie wprowadzila nie mamy pojeca dlaczego... No i Ching mieszka w salonie. Ekipa niezla, tesknie troche za stara, ale coz... musimy sie przyzwyczaic do tego, ze tutaj co chwile cos sie zmienia. Jedni przyjezdzaja, drudzy wyjezdzaja, inni sie przeprowadzaja itd.
SASIEDZI
Sasiedzi sa bardzo mili. Dzieciaki mowia do nas wszystkich per ciociu i wujku. To mniej wiecej tak jak u nas sie mowi per pan, pani. Oczywiscie wszyscy wiedza kim jestesmy, skad jestesmy, jak mamy na imie. Czasami slyszymy „Hi Maciek” od osob, ktore widzimy pierwszy raz na oczy J mojego imienia narazie nie moga zapamietac, corki sasiadow pytaly sie juz kilka razy i juz zaczely przepraszac, ze nie pamietaja. No mi to wcale nie przeszkadza, moze przeszkadzaloby mi gdybym ja zapamietala ich imiona, a tak to jestesmy w podobnej sytuacji J Kilka dziewczynek zapamietalo moje imie i sa bardzo z tego dumne. Skutek jest taki, ze nie sa sie wyjsc z domu nie slyszac gdzies swojego imienia. Ogolnie sasiedzi usmiechaja sie do nas, wlasciciel mieszkania wpada czasami z jakims, zeby nam go przedstawic i takie tam. Czujemy sie tu znacznie bardziej komfortowo. Przyjemnie jest wiedziec, ze sasiedzi akceptuja nas, bo nie wszedzie tak jest.
INTERNET
Internetu nadal nie mamy. Maciek sie juz troche wkurza. Gdzie przez troche rozumiem z dnia na dzien coraz bardziej. I trudno mu sie nie dziwic. Po pierwsze zeby miec internet trzeba wypelnic formularz... przez internet J no dobra, zrobil to w pracy. Pozniej sie czeka na zaakceptowanie. Za pierwszym razem odrzucono prosbe mowiac, ze w tej okolicy nie obsluguja a my bardzo dobrze wiemy, ze w dwoch biurach na dole w naszym budynku jest internet... okazalo sie, ze cos z kodem bylo zle wpisane. Ale wiecie co? Nie mozna tego przeprawic tylko trzeba wypelniac wszystko od nowa i czekac na nowa decyzje. Pozniej to nie oni dzwonia czy pisza czy cokolwiek, trzeba do nich dzwonic kilka razy i sie dowiadywac. Juz nie bede przytaczac rozmow, ktore Maciek z nimi przebyl. Powiem tylko, ze byly lekko absurdalne i kiedy znowu po kilku dniach zadzwonil powiedzieli mu, ze prosba jednak jest odrzucona ale nie potrafia powiedziec dlaczego i nie moga przelaczyc do osoby, ktora ta decyzje podjela. Znowu cos mowili o tym, ze tego rejonu nie obsluguja. Ha! No wiec zrezygnowal z zalatwiania tej sprawy sam i poprosil mnie, zebym zeszla do wlasciciela naszego mieszkania i poprosila go o pomoc w tej sprawie: jakis kontakt, moze zeby on zalozyl na siebie internet. I co? Schodzac na dol natknelam sie na kolesia roznoszacego ulotki zgadnijcie ktorej firmy i co oferujace :D ech. Jeden wielki absurd. Suma sumarum internet bedziemy mieli za kilka dni, ale i tak z pomoca Vitrusa (wlasciciel mieszkania), bo od nas jako, ze jestesmy obcokrajowcami wymagaja stosu dokumentow. No niewazne. Kolejne starcie za nami. Juz niedlugo bede mogla odpisac na wszystkie maile J
A to co teraz czytacie napisalam w domu i wysylam z kawiarenki. Nie lubie spedzac tu za duzo czasu, bo miejsca przy kompie jest tyle, ze ledwo sie mieszcze, monitor mam jakies 15 cm przez twarza a klawiature tuz przy sobie, no i jeszcze krzeslo z jednej strony stoi wyzej niz z drugiej. Musze przyznac, ze nie jest to najwygodniejszy sposob spedzania czasu.
KONCERT
W sobote poszlismy na koncert. Dowiedzielismy sie o nim dzien wczesniej. Do Bombaju przyjechal kwartet smyczkowy z Polski. Po znajomosci dostalismy wejsciowki. Wystroilismy sie, na wejsciu jakis starszy pan (Hindus), ktory wchodzil przed nami odwrocil sie i powiedzial „dobry wieczor”, weszlismy a tam... spokoj, chlodno, ale nie zimno i piekna muzyka. Jak nie Indie. Poczulam sie cudownie, taka oaza spokoju J raz na jakis czas jest to naprawde bardzo potrzebne. Takie doladowanie baterii, zeby miec sile do walki , o przepraszam, do zycia tutaj J
A.J.
To chlopak Melon (Mary Ellen). Hindus z Goa. Ma trzech braci i dwie siostry. Razem prowadza interes. Salon tatuazu i kolczykowania sie w roznych miejscach. Z tego co wiem to sa bardzo znani w Indiach. Maja 4 sklepy w Bombaju i dwa w innych miastach i ponoc jeszcze jeden w Bangkoku. Tlumy ludzi przychodza do nich codziennie. Sama bylam swiadkiem. Generalnie cale rodzenstwo jest bardzo sympatyczne. Najmlodszy ma dluuugie dredy w roznych kolorach i wyglada chyba najlepiej ze wszystkich. Chlopak Melon jest dosc nietypowym widokiem. Chlopaki wychodza z zalozenia, ze powinni byc reklama swojego biznesu. A.J. reklamuje ta czesc kolczykowa. Ma trzy kolczyki w nosie, nie wiem ile w uszach, w jezyku, nawet gdzies na dziasle (jak sie usmiecha to tak zwisa mu akurat na zebach) i nie chce wiedziec gdzie jeszcze. I nie mam nic przeciwko tatuazom i kolczykom, ale jesli nie jest to przesadzone... ech. No, ale chlopaki maja powodzenie i ciesza sie z tego co robia a to chyba najwazniejsze jest. A wiecie co jest najfajniejsze w tej rodzince? Ich mama. Ich mama siedzi w jednym ze sklepow i zarzadza wszystkimi papierami i kasa. Wyglada jak taka typowa starsza babka tutaj. Kolorowe sari, szare wlosy, sporo zlota, kropka na czole, mily usmiech. Jakby sie ja spotkalo na ulicy to w zyciu by czlowiek nie pomyslal, ze ta kobitka urodzila zgraje wariatow i do tego pracuje razem z nimi.

Ogólnie to wszystko gra. Pozegnalismy Amy i Mindo. Troche nam smutno, bo zdazylismy sie z nimi zzyc. Ale Amy przeprowadza sie za kilka miesiecy na Litwe, wiec pewnie znajdziemy jeszcze okazje do spotkania sie. Poza tym zaprosilismy ich na slub i mamy nadzieje, ze przyjada to wtedy ich poznacie. To ja koncze na dzisiaj. Justka.

c.d.n.

Sunday, May 18, 2008

Spadl cieply deszcz

Wczoraj mielismy pojechac wieczorem na piwko do seaview hotel. To zaraz obok wejscia na juhu beach. Swietne miejsce bo polozone na wyniesionym tarasie ogrodzonym murem. Jak sie siedzi, to widac moze i nie widac zasmieconej plazy, wiec jest naprawde przyjemnie. No i nikt nie podchodzi i nie zaczepia. Ja zgodnie z maksyma Mindo 'skoro ze mnie sobie robia jaja to ja tez z nich kpil bede', jak do mnie podchodza faceci i mowia 'Masage Masage?' to ich pytam 'Do you give a Gand Masage?'. Jedni wtedy otwieraja usta w zdziwieniu, inni zaczynaja sie smiac, poniewaz Gand w hindi znaczy dokladnie to samo, co d*** po Polsku. :D.
Tym razem niestety droga do Juhu beach byla zakorkowana i Justynka spedzila de facto 2h w rikszy bo jak przyjechalismy to sie okazalo ze trzeba wracac, bo Page musiala wrocic na lotnisko.
Wrocilismy do domu i zgodnie z umowa mialo byc u nas 'gotowanie'. O tym ze bedzie u nas dowiedzielismy sie w sumie tego samego dnia wiec nic nie mielismy. Natomiast organizatorzy przyszli i o ile co po niektorzy mieli cos gotowego, o tyle pierwsze co zrobili, to zajrzeli do naszej lodowki zeby zobaczyc co sie da upichcic. Troche to bylo irytujace, ale stwierdzilem ze nie ma sie co przejmowac: moze po prostu roznimy sie troche wiekiem i mamy do niektorych spraw inne podejscie. Tak wlasciwie to tylko kilka lat (powiedzmy ze do pieciu), ale zdecydowanie jestesmy znacznie bardziej poukladani.
Przeprowadzila sie do nas mellon i brakuje juz tylko Ashy! Nasz dom nabiera pelnych ksztaltow i z kazdym dniem czuje sie w nim coraz lepiej. Sasiadow tez mamy wporzasiu i staram sie z nimi rozmawiac jak najwiecej, bo jak nas troche poznaja, to sie nie beda nas bac. To tak zwykle dziala ze jak cos jest troche inne i sie tego nie zna i nie rozumie to sie czlowiek moze nieco bac.
Pozna noca, po polnocy, zerwal sie nagle ostry deszcz. To pierwszy raz kiedy widzialem deszcz w tym kraju. To tez pierwszy deszcz w Bombaju w tym roku. Wokol rozniosl sie zapach mokrej ziemi a we wszystkich oknach pojawili sie ludzie, szczegolnie duzo dzieci.Deszcz padal przez 10 minut i pozniej przeszedl. To dopiero sam poczatek, za kilka tygodni rozpada sie juz na dobre, i bedzie padac i padac ... i padac. A pozniej wszystko zakwitnie i znowu wyschnie.

Wednesday, May 14, 2008

Na wschodzie bez zmian

No u nas tutaj porzoga troche... W chinach bylo trzesienie ziemi, ponoc 20tys ludzi zginelo. W sumie to na razie tylko szacunki wiec moze byc i wiecej. W birmie wielka fala sie przelala przez brzeg czy tez cyklon byl jakis wielki i zginelo chyba z 80000 osob. Koszmar.
Dla odmiany w Jaipurze byl atak bombowy i tak, jak w Indiach ataki bombowe sa sporadyczne, tak tym razem 9 bomb wybuchlo na Johari Bazaar i zabilo 80 osob. Wszyscy sie pukaja w glowe, jak sie okaze ze to muzulmanie za tym stoja to sie skonczy tak jak zwykle: hinduisci sie zorganizuja i pojda tluc muzulmanow i gwalcic muzulmanki. Odpowiedzialnosc zbiorowa, wsparta tym ze hinduistyczne rodziny (biedniejsze) wychowuja dzieci w stosunkowo duzej nienawisci wobec muzulmanow. Tym razem amerykanie obiecali pomoc zrobic dochodzenie. No i najlepsze jest to, ze nie trudno tu wylapac zboczencow co podkladaja te bomby, bo przeciez jest zawsze 1000 swiadkow kazdego wydarzenia. Tak samo trudno jak i latwo sie schowac w tlumie. Wszystko chyba zalezy od szczescia.

Na szczescie w Bombaju cisza i spokoj, Siedze sobie w klimatyzowanym biurze i dzwonie do znajomych ktorzy jezdza po kraju zebys sie dowiedziec czy wszystko ok. No i Wszystko w sumie ok, na szczescie.

Przeprowadzilismy sie do nowego mieszkania. Kroczek po kroczku Wszystko sie w nim pojawia, dzis ma byc lodowka. Zastanawiam sie czasem nad tym, jak to jest ze ja sie przejmuje lodowka... jak przyjdzie powodz to i tak wszystko zmyje... no, moze przynajmniej na szczescie mieszkamy na 4 pietrze wiec nie bedzie zle.